Fronda.pl: Jak Pan ocenia wizytę prezydenta Bronisława Komorowskiego w Stanach Zjednoczonych?

Przemysław Żurawski vel Grajewski*: Według mnie wizyta ta była efektem potrzeb politycznych prezydenta Baracka Obamy. Zaskakujące jest tempo jej organizacji. 19-20 listopada odbył się szczyt NATO, na którym Bronisław Komorowski został zaproszony do Waszyngtonu. Kilkanaście dni później już był w USA. To jest rzadkie, jeśli nie niespotykane, żeby głowa państwa była zapraszana z tak krótkim terminem wykonania tego zaproszenia. To było podyktowane wewnętrznymi potrzebami amerykańskiego prezydenta.

Do czego Obama potrzebował polskiego prezydenta?

Barack Obama potrzebował poparcia Polski dla przeforsowania przez Kongres ratyfikacji traktatu START. Opozycja republikańska wskazywała, że porozumienie z Rosją zostanie źle odebrane przez amerykańskich sojuszników z Europy Środkowej. Największym z nich jest Polska, która ma opinię kraju nieufnego wobec Rosji. Jeśli więc polski prezydent opowiedział się na rzecz ratyfikacji traktatu START, to ułatwia to bardzo jego zaakceptowanie w Kongresie. O to właśnie chodziło Obamie. Amerykański projekt polityczny był w tym przypadku bardzo jasny.

Czy Polska coś na tym zyskała?

Najpierw należy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy ratyfikacja traktatu START leży w polskim interesie. A nawet jeśli tak, to czy warto było się spieszyć z poparciem polityki amerykańskiego prezydenta, czy nie warto było poczekać i uzyskać czegoś atrakcyjniejszego dla Polski za polityczną usługę, którą wykonał polski prezydent.

Czy w obecnej sytuacji Polska coś za nią otrzymała?

Moim zdaniem nie. Sam układ START jest dla nas niekorzystny. Z jednej strony jest on wynikiem potrzeby prezydenta USA, który chce ogłosić sukces w swojej polityce zagranicznej. Na innych polach mu nie wychodzi, więc tu chce mieć jasny punkt. Po drugie START to wynik dążenia Rosji do ukrycia własnej niewydolności. Lepiej powiedzieć, że redukuje się arsenał jądrowy na mocy porozumienia z drugim supermocarstwem, niż likwidować głowice w związku z niewydolnością gospodarki i przemysłu zbrojeniowego. On nie wytwarza nowych pocisków, które mogłyby zastąpić przestarzałe pociski. Przedstawienie redukcji zbrojeń jako wyniku porozumienia jest dużo lepsze wizerunkowo. To również podkreślenie, że istnieją na świecie dwa supermocarstwa jądrowe. Jest to obecnie jedyny wymiar, w którym Rosja może uchodzić za supermocarstwo.

Oddaliśmy więc i usługę Rosji?

Tak. Tą wizytą oddaliśmy usługę polityczną Stanom Zjednoczonym i Rosji. Podpisanie traktatu START to krok w kierunku zwolnienia środków finansowych i przemysłowych na rosyjskie zbrojenia konwencjonalne. Broni jądrowej się nie używa. Konwencjonalną tak.

Wśród części polskich ekspertów istnieje przekonanie, że podpisanie START-u otwiera drogę do porozumienia dot. zbrojeń konwencjonalnych. Rosja wypowiedziała traktat CFE z 1990 roku w czerwcu 2007 roku. W 2008 roku w związku z wojną w Gruzji w sensie faktycznym przestał on istnieć. Obecnie nie ma więc żadnego systemu kontroli zbrojeń konwencjonalnych w Europie. W związku z tym eksperci uważają, że ułatwiając podpisanie traktatu START Polska otworzyła drogę do rozpoczęcia negocjacji w sprawie kontroli zbrojeń konwencjonalnych, ponieważ bez tego traktatu Rosja by się na negocjacje nie zgodziła. Jednak to myślenie pokrętne, ponieważ za konkret, czyli podpisanie traktatu, otrzymujemy nadzieję na rozpoczęcie negocjacji. Sądzę więc, że to posunięcie – wizyta z zamiarem poparcia Demokratów przeciwko Republikanom i ułatwienie resetu w stosunkach amerykańsko-rosyjskich i zacieśnienia ich współpracy – nie leżała w interesie Polski. Tego nie należało robić.

Pana zdaniem polski prezydent dał się wykorzystać, czy był świadomy tego co robi?

Myślę, że wszystko odbyło się ze świadomością. Polscy politycy zdają sobie sprawę z tego, co robią. Oczywiście opinia publiczna sobie z tego sprawy nie zdaje. Wizyta została jej przedstawiona jako staranie o wizy i ewentualnie obecność amerykańskich wojsk w Polsce.

Polska miała otrzymać jakąś propozycję w tej sprawie.

Tak, ale ona uwłacza inteligencji Polaków. Obiecano nam, że w połowie 2013 roku na polskim terytorium zostaną rozmieszczone amerykańskie samoloty w liczbie 16 czy 20. Tyle tylko, że kadencja prezydenta USA trwa 4 lata, a Obama wygrał wybory w 2008 roku. To oznacza, że w 2012 roku przestanie być prezydentem. To, że on nam obieca, co zrobi w 2013 roku następny prezydent, nie ma żadnego znaczenia. Oczywiście można podnosić argumenty – i to będą robić zwolennicy polskiego rządu, że poważne państwa mają ciągłość w polityce zagranicznej. Ale należy pamiętać, że jak Polska prowadziła negocjacje dotyczące tarczy antyrakietowej, to właśnie obecny rząd nie brał tej tezy pod uwagę. Okazało się później, że nowa administracja amerykańska wycofała się z tarczy. Obiecywanie, że Obama zrobi coś pół roku po zakończeniu swojej kadencji, jest żartem i kpiną. Dziwię się, że nasi politycy na poważnie to rozpatrują.

Jaki sygnał Polska wysłała do swoich partnerów międzynarodowych dzięki wizycie prezydenta Rosji w Polsce i prezydenta Polski w USA?

Moim zdaniem jest to sygnał uznania prawa Rosji do ustalania ze Stanami Zjednoczonymi statusu wojskowego Europy Środkowej poprzez Polskę oraz akceptacja amerykańsko-rosyjskiej gry, która odbywa się kosztem naszego regionu. Należy przypomnieć, że poprzednio – walcząc o tarczę antyrakietową – mowa była o stałej obecności instalacji USA na polskim terytorium. Obecnie mamy mieć szansę na stacjonowanie samolotów, a one przylecą jak motylki i mogą odlecieć. W przypadku wzrostu napięcia na linii Waszyngton-Moskwa łatwo wyobrazić sobie, że USA jako gest dobrej woli wycofają samoloty z Polski. Tarczy wycofać by nie mogli. Samoloty nie będą spełniały takiej roli jak tarcza antyrakietowa. W ich rozmieszczeniu w Polsce nie ma więc żadnej istoty natury politycznego sojuszu.

Sygnały wysyłane przez Polskę są niedobre i nie służą polskim interesom. Są sygnałem pozwolenia na uprzedmiotowienie naszego kraju. Polski prezydent na pstryknięcie przywódcy USA zaangażował się w spór wewnątrzamerykański po stronie Demokratów, którzy prowadzą politykę wycofania się z Europy Środkowej. To jest posunięcie dziwaczne, mówiąc delikatnie.

Rozmawiał Stanisław Żaryn

 

*Dr Przemysław Żurawski vel Grajewski: adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Członek Instytutu Europejskiego w Łodzi, pracownik badawczy Centrum Europejskiego Natolin. Były pracownik Biura Ministra Obrony Narodowej ds. Planowania Polityki Obronnej (1992), pracownik Biura Pełnomocnika Rządu ds. Integracji Europejskiej i Pomocy Zagranicznej (1995-1996). W roku 2005 zatrudniony w Parlamencie Europejskim (frakcja EPL-ED) jako ekspert do spraw polityki wschodniej Unii Europejskiej. Od 2006 roku wykładowca białoruskiego Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego na emigracji w Wilnie. Zajmuje się kwestiami bezpieczeństwa państwa, przede wszystkim Polski oraz Unii Europejskiej.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »