23.06.15, 13:07Jarosław Ziętara

Ziętarę zasztyletował rosyjskojęzyczny zawodowiec

 Krakowska prokuratura zamierza postawić biznesmenowi Aleksandrowi G. zarzut podżegania do zabójstwa poznańskiego dziennikarza śledczego Jarosława Ziętary. Od porwania Ziętary mijają prawie 23 lata. O jego śmierci i roli służb specjalnych w tuszowaniu zbrodni mówi kolega zamordowanego, Krzysztof M. Kaźmierczak, współautor książki „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”.

  

Do końca czerwca ma trafić do sądu akt oskarżenia Aleksandra G. Czy to znaczy, że sprawa Jarosława Ziętary zmierza do końca?

To pierwszy akt oskarżenia w tej sprawie po 23 latach. Niewątpliwie zbliża ją do końca, choć to jest dopiero część. Aleksander G. będzie oskarżony o to, że podżegał do zabicia Jarka, natomiast oczekujemy, że prokuratura zajmie się także tymi, którzy to przestępstwo mieli fizycznie zrealizować.

Czyli kim?

Osobami, które porwały Jarka, które uczestniczyły w jego torturowaniu i które go zabiły. Mamy nadzieję, że ten wątek nie zostanie przez prokuraturę zaniechany.

Sprawa sądowa dopiero się zaczyna, ale czy możemy powiedzieć, że to akurat Aleksander G. był osobą, która podjęła decyzję o zabiciu Ziętary? Sprawa była skomplikowana i miał tu miejsce splot różnych interesów.

Nie możemy niczego przesądzać, bo formalnie jest on osobą podejrzaną, będzie oskarżony, a czy zostanie skazany, to się okaże. Natomiast bez wątpienia zeznania i inne dowody, które zgromadziła prokuratura wskazują, że miał on być tym, kto to zabójstwo zlecił. Inne osoby to zrealizowały na jego bezpośrednie polecenie.

Co wiemy na pewno, poza tym, że 1 września 1992 r. Jarosław Ziętara zaginął i nigdy nie znaleziono jego ciała?

W oparciu o ustalenia prokuratury wiemy, że Jarek został porwany i zamordowany, a jego zwłoki zlikwidowano, żeby utrudnić wyjaśnienie sprawy. Kiedy nie ma zwłok bardzo trudno wyprowadzić bezpośredni dowód na to, że doszło do zabójstwa. Wiemy też, że służby specjalne okłamały prokuraturę. W aktach śledztwa jest dokument, w którym służby na poziomie wiceministra spraw wewnętrznych przekazały w latach 90., że nigdy nie zajmowały się Ziętarą i że nie ma go w żadnych zapisach ewidencyjnych. Tymczasem w 2011 r. znaleziono po naszych staraniach teczkę dowodzącą, że Jarosław Ziętara był werbowany przez wywiad UOP. Słowem, znamy różne okoliczności, które splatają się w pewną całość.

Zwłoki zniszczono w makabryczny sposób, wrzucając je do kwasu. Czy zwykli ochroniarze biznesmena mogli wpaść na taki pomysł i przeprowadzić go?

Uważam, że było to działanie dokładnie przemyślane. Kto wie, czy to była jedyna zbrodnia, która odbywała się przy współudziale tych osób. W tamtym czasie w Poznaniu dochodziło do częstych zabójstw. Znikały osoby, które do dzisiaj się nie znalazły. Nie mówię, że akurat zabójcy Ziętary mieli z tym związek, ale wygląda na to, że działali profesjonalnie. Możliwe, że byli to ludzie, którzy mieli już jakieś doświadczenie, a może niektórzy z nich byli przeszkoleni w takich sprawach. W tę sprawę zamieszane są osoby z byłych służb. To, że prawda nie wyszła na jaw przez tyle lat też świadczy o profesjonalizmie sprawców.

Czy to znaczy, że osoby, które pracowały jeszcze w peerelowskich służbach mają wpływ na to, jak funkcjonują służby specjalne w obecnej Polsce?

Nie, to jest trochę inaczej. To nie jest tak, że SB ma wpływ na obecne służby. Natomiast kiedy zmieniają się ustroje, służby specjalne nadal stoją na straży państwa. Po upadku komuny cele ideologiczne, jak ochrona interesu państwa komunistycznego zniknęły, natomiast ochrona państwa jako takiego pozostała. Służby specjalne nie są po to, żeby wyjaśniać zbrodnie, łapać przestępców i doprowadzać ich przed sąd. Służby są po to, żeby gromadzić wiedzę i wykorzystywać ją zgodnie z interesem państwa. Tym razem uznały, że w interesie państwa jest nie wyjaśniać sprawy Ziętary, człowieka, którego próbowały zwerbować.

Zwerbować?

W książce podajemy, że mieszkanie Jarka zostało kiedyś przeszukane. Przestępcy wpadli tam, pobili Jarka, zastraszali go i przetrząsnęli mieszkanie. Znaleźli mikrofilmy. W śledztwie uznano, że Jarek robił jakieś zdjęcia, nie wiadomo, jakie. Wtedy mikrofilmów używały tylko służby specjalne. Teraz może i jest to możliwe, ale wtedy nie było można kupić sobie tego w sklepie. Jarek prawdopodobnie dostał od kogoś z służb miniaturowy aparat, żeby mógł robić zdjęcia z ukrycia. Zdjęcia czego? Nie wiemy. Mikrofilm był ukryty w lodówce i bandyci go zabrali. To wskazuje bezpośrednio na to, że ludzie ze służb próbowali mówić Jarkowi: sprawdź to i to, zajmij się tym, jeśli będziesz czegoś potrzebował, to my ci wszystko damy. Traktowali go jako przynętę, albo kogoś, dzięki komu zyskają informacje, którymi on się z nimi podzieli dla dobra państwa. Kiedy został zabity, postanowili to wszystko wysprzątać. Państwo popełniło przestępstwo posługując się dziennikarzem. Nie miało do tego prawa. Służby specjalne postanowiły zatrzeć dowody swojego przestępstwa. Równocześnie działały w ten sposób na rękę zabójcom. Ich interes był wspólny. Gdyby ta sprawa była wyjaśniana, gdyby było śledztwo i gdyby wtedy wyszły a jaw okoliczności, które wychodzą teraz, to byłby to niebywały skandal. Okazałoby się, że służby specjalne nowego polskiego państwa działają tak, jak w poprzednim ustroju. Popełniają przestępstwa, których skutkiem jest potem zamordowanie dziennikarza. Dlatego postanowili nigdy tego nie ujawnić. Tym samym wpłynęli na czysto kryminalne wyjaśnienie sprawy.

Wielu dziennikarzy kontaktuje się ze służbami, praca dziennikarza śledczego w dużej mierze na tym polega. Dlaczego akurat dla Jarosława Ziętary skończyło się to tragicznie?

Informacje, które od nich dostał musiały być bardzo niebezpieczne. Sam jako dziennikarz kontaktowałem się ze służbami, także w tamtym czasie. To był czas dużej otwartości z ich strony. Przychodziłem do UOP i pytałem, czy mają coś o biznesmenie X czy firmie Y. Gdy mieli w tym interes, to mówili mi, co mają. Tutaj pewnie też tak było, tylko informacje okazały się śmiertelnie niebezpieczne. Jarek dowiedział się o czymś, co w ocenie tych ludzi było warte jego zabicia. Mamy ślady i piszemy o tym w książce, że on tą sprawą zajmował się od jesieni 1991 r. do swojej śmierci, czyli prawie przez rok.

Chodzi o sprawę Elektromisu?

Nie tylko samego Elektromisu, ale i firm z nim związanych, a także innych przedsiębiorstw. W notatkach, która ocalały Jarek opisywał je bardzo szczątkowo, jako firmy z kapitałem pokrewnym. Ślady po tym, co robił prawdopodobnie zostały usunięte. Ziętara przez długi czas próbował opublikować to, czego się dowiedział. Okazało się, że w poznańskich mediach nie ma zainteresowania. Próbował uderzać do mediów ogólnopolskich, umawiać się tam na spotkania, kontaktował się z telewizją. I chyba też nie było zainteresowania.

Jaka była w całej sprawie rola Rosjan?

Wiemy na ten temat bardzo mało. Znany jest rysopis człowieka, który pojawiał się razem z Aleksandrem G. Według przynajmniej jednego ze świadków ten człowiek miał być tym, który Jarka bezpośrednio zabił. Jarek był torturowany, następnie ten człowiek go zasztyletował. Nie wiemy na pewno, czy był Rosjaninem, ale posługiwał się językiem rosyjskim. Chodził bardzo elegancko ubrany. Nie był to jakiś tam obwieś. Mówią o nim, że był ochroniarzem Aleksandra G., ale nie znamy rzeczywistej relacji między nimi. Mógł być jakimś wspólnikiem w interesach, albo kimś, dla kogo Aleksander G. działał. Musiał mieć fachowe podejście do sprawy, bo mówił, że trzeba zabić tak, żeby było mało krwi.

Nie był to ktoś działający w afekcie.

Rola tego rosyjskojęzycznego mężczyzny, a podobno takich ludzi było więcej, jest bardzo zagadkową okolicznością.

Po 1989 r. mała miejsce pewna liczba niewyjaśnionych zabójstw. Najbardziej znane są morderstwa gen. Marka Papały i Krzysztofa Olewnika, a zupełnie niedawno sprawa Łukasza Masiaka z Mławy, który prawdopodobnie też został zamordowany przez jakiś swój tekst. Czy te sprawy są podobne? Coś je łączy?

Zamordowanie dziennikarza i współdziałanie służb specjalnych i organów ścigania w taki sposób, żeby rzeczy nie wyjaśnić drugi raz się nie zdarzyło. Nie wiem jeszcze, jak to jest ze sprawą z Mławy, bo ta jest świeża i śledztwo dopiero się rozpoczęło, ale zabójstwa Olewnika czy Papały pokazują ogrom błędów polskich organów ścigania. Skandaliczne błędy są tu wspólnym elementem. I wszystko wskazuje na to, że nie popełniano ich przypadkowo, ale celowo.

Rozmawiał Jakub Jałowiczor

  

Krzysztof M. Kaźmierczak, Piotr Talaga „Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”, Zysk i s-ka, Poznań 2015

Komentarze

anonim2015.06.23 13:20
Każdy ze służb tak skończy prędzej czy później. Zadna służba nie służy dobrej sprawie. Dobrej sprawie służy Kościoł. Służby szkolą swoich członków pierwsze w nienawiści do Kościoła, inaczej nie da się pracować w tej organizacji zła. Wybierajcie;- zbawienie albo wieczne potepienie.
anonim2015.06.23 14:33
dlaczego nie napisaliście, że Aleksander G. był też senatorem? chodzi o to, że "biznesmen" i tak się źle kojarzy, a senatorów lepiej nie oczerniać przypomnieniem, że ten osobnik był jednym z nich? btw pan Aleksander G. to jeden z lepszych przykładów jakie są, co robiły i skąd się wzięły nasze "elyty"