Prezentyjemy fragment Subotnika Ziemkiewicza:

 

"I oto wielcy „dziennikarze”, którzy pięć, siedem lat temu bzdyczyli się na salonach, jaką to marnością i żałością są te tabloidy, uznali, że nie ma wyjścia, tylko trzeba je jak najwierniej kopiować. Nie tylko w coraz większym zainteresowaniu celebrytami, nie tylko w opisanej wyżej jednostajności wiecznej nagonki, szydzenia i poniżania (które łatwo nałożyły się na wzorce „dziennikarstwa” PRL), ale przede wszystkim w stylistyce. Od pewnego czasu już nie wystarcza w dziennikarskim mainstreamie dowalać Kaczorowi i, ogólnie, „pisowcom”. Teraz trwa tam mordercza konkurencja, kto to zrobi ostrzej, bardziej na chama i w bardziej prymitywnym guście.

 

Symboliczną postacią dla tego procesu stał się Tomasz Lis. Mnie to nie dziwi, bo zawsze dostrzegałem w nim przemożny psychologiczny przymus, żeby być „bardziej” − to ten typ człowieka, mówiąc obrazowo, co jak inni mają małpy, to on jest chory, dopóki nie będzie miał goryla. To cecha sama w sonie niekoniecznie zła, w normalnych krajach, gdzie karierę zawdzięcza się sobie, a nie protektorom, obraca się ona często na społeczny i indywidualny pożytek. Ale taki psychiczny przymus dobry jest raczej u biznesmena, ewentualnie polityka, na pewno nie u dziennikarza. Dziennikarz, we właściwym rozumieniu tego słowa, to człowiek, którego najważniejszym zadaniem jest powiedzieć coś mądrego i prawdziwego − a nie powiedzieć coś, co mu przyniesie największą czytalność, największą oglądalność i największe pieniądze.

 

Lis niestety poszedł w taki właśnie dziennikarski populizm, co go przywiodło do upadku. Łatwo ten upadek prześledzić. Kiedy był na krzywej wznoszącej, był specjalistą od zdań gładkich, od prawienia ponad podziałami poczciwych oczywistości w stylu książki „Co z tą Polską”, i od wydobywania z każdej sprawy tej jej części, pod którą podpisać się mógł jeśli nie każdy, to prawie każdy. To mu dało masową popularność. Kiedy potem zmieniły mu się priorytety i popularność tę postanowił zdyskontować, by zawalczyć o pozycję guru establishmentu, stał się specjalistą od oskarżycielskich mów w stylistyce prokuratora Wyszyńskiego, przelicytowując wszystkich w brutalności i prymitywizmie ataków na wrogów tegoż establishmentu.

 

Zeszmacenie przez Lisa „Newsweeka” nie na tym polega, że go uczynił organem rządowego agit-propu, bo to zrobił już Maziarski. Polega na tym, że uczynił go pismem nieskończenie prymitywnym, sprowadzającego każdą sprawę do tezy prostej jak cep. Niekiedy w sposób urągający zdrowemu rozsądkowi. Może najlepszym przykładem służy tu sprawa in vitro. To w końcu poważny, trwający od lat spór, część wielkiej dyskusji, w której są argumenty za i przeciw; sprawa skomplikowania, niejednoznaczna, każąca wybierać między rożnego rodzaju wartościami. Co zrobił z niej „Newsweek”? Narrację o tym, że ciemni katolicy nienawidzą dzieci poczętych za pomocą sztucznego zapłodnienia.

 

Aferę Amber Gold przykrywa Lis „aferą” która polegać ma na tym, że PiS dostaje dotacje budżetowe, i że Kaczyński, na życie którego dybał już jeden podjudzony nieustanną medialną nagonką psychopata, by ostatecznie zamordować przypadkowego członka PiS, ośmiela się zatrudniać ochronę. Coraz bardziej oczywiste kłamstwa władzy w sprawie Smoleńska przykrywa z kolei „aferą” polegającą na tym, że raport komisji Macierewicza, po tym, jak upublicznienia go odmówiła marszałek Sejmu (ale ten istotny fakt „Newsweek” oczywiście ukrył) wydała drukiem prywatna spółka, i sprzedaje go za pieniądze, zamiast rozdawać za darmo. A swoje własne propagandowe ześwinienie − demaskowaniem tych mediów, którzy nie mogą liczyć na miliony od władzy za reklamowanie prądu, że żyją ze swoich czytelników i sympatyków, sprzedając im książki czy gadżety!

 

Ja pomijam, że kiedy Lis, który za podlizywanie się klasie panującej III RP wywalił sobie pod Warszawą mały pałacyk, atakuje w ten sposób Sakiewicza, który żeby wydawać opozycyjną gazetę zastawił odziedziczone po rodzicach mieszkanie, to rzecz jest zwyczajnie obrzydliwa (żeby nie było: nie zazdroszczę Lisowi jego pieniędzy, przeciwnie, na swój sposób nawet doceniam ludzi, którzy jak się sprzedają, to naprawdę za coś, a nie za akcje „Agory” − no, ale bez przegięć!). Zwracam uwagę na brzemienny w skutki fakt, iż w ten sposób przekaz „Newsweeka” adresowany jest w coraz większym stopniu do skrajnie zacietrzewionych debili, wykluczając z targetu gazety ludzi o jakichkolwiek ambicjach do własnego sądu.

 

W dobie kryzysy lepiej mieć mniej odbiorców o „twardej” tożsamości, niż więcej, ale nie tak przywiązanych.  Toteż do tego samego co Lis targetu − zacietrzewionego, chorego z nienawiści, ze strachu przed „powrotem IV Rzeczpospolitej” i z kompleksów, że przez polski katolicki ciemnogród „odstajemy” od „europejskiej normalności” − ścigać się zaczęły wszystkie media spod znaków „Tusku” musisz. Te bardziej zasiedziałe na pozycji „liderów opinii” robią to „z pewną taką nieśmiałością”, te próbujące zająć ich miejsce − bez postinteligenckich zahamowań. „Ludzie to kupią, ludzie to kupią, byle na chama, byle w mordę, byle głupio”. Zero argumentów, zero półcieni − prosty, maksymalnie emocjonalnie. Maks skandalu, prowokacji, zniewagi, żeby ktoś podał do sądu i żeby móc się chwalić, jak nas Kaczor prześladuje. Przerobić kogoś w okładkowym fotomontażu na Bin Ladena, albo na Hitlera… Nie, to już było. Może zrobić go z opuszczonymi gaciami? Na sedesie? Z kupą na głowie? Grunt w każdym razie uderzyć w kogoś takiego i w taki sposób, żeby „tamci” raz jeszcze zawyli, i nasi musieli się zbiec nas bronić.

 

U niedalekiego kresu tej licytacji, pewnie za jakieś pół roku, dojdzie Lis do ściany i długo drapiąc się w głowę, wymyśli że zostało już tylko wytytłać w błocie Papieża. Mam! − na okładce goły Wojtyła w burdelu, a w środku kower o jego życiu seksualnym. Na bazie źródłowej, że słyszeliśmy, że gdzieś podobno mówiono, że nie był za młodu taki święty. Z powołaniem się na czyjeś wspomnienie, że widywano go w czterdziestych latach w towarzystwie jakiejś pięknej nieznajomej, i na historyka, z badań którego wynika, że w czasie wojny nawet bardzo wierzący ludzie zawieszali na kołku swe niezłomne zasady.

 

Przesadzam? Może nie? Sami Państwo oceniajcie. Zjawisko jest obrzydliwe, i jako dziennikarz patrzę na nie z niesmakiem − zwłaszcza, gdy odpowiedzialni za nie jednocześnie usiłują występować w roli wyroczni, rozliczając dziennikarzy opozycyjnych z „wysokich standardów” zawodu. Ale jako człowiek, który identyfikuje się z dziennikarstwem opozycyjnym, widzę też pozytywną stronę tego procesu. W wyścigu do czytelników „Faktów i Mitów” (można to nazwać „palikotyzacją”, choć moim skromnym stosowniej jest mówić po prostu o zbydlęceniu) rządowe media będą coraz bardziej gubić odbiorców. Tych ze środka, „nie zajmujących się polityką”, którzy nieuchronnie zaczynają być tą młocką zniesmaczeni i odkrywają nachalność i nicość propagandy, jakiej zostali poddani. Na dłuższą metę uruchomienie tej licytacji pomiędzy prorządowymi przekaziorami daje więc skutki pozytywne" - pisze Ziemkiewicz.

 

Polecamy całość: blog.rp.pl/ziemkiewicz/

 

 JW/Rp.pl