Ale zacznijmy na poważnie. „Newsweek” ma moim zdaniem wielki problem jako tygodnik. Jest to marka światowa, poważne pismo amerykańskie, a w Polsce została sprowadzona do roli tabloidu. To jest niestety wina ustępującego naczelnego Wojciecha Maziarskiego, który odebrał temu tytułowi powagę. Za poprzednich naczelnych „Newsweek” był jeszcze gazetą poważną, a teraz jest pismem, który tematem numeru robi wywiad z Dodą, na okładce umieszcza gołego Palikota, a za publicystykę bierze wynurzenia Cezarego Michalskiego o religii smoleńskiej, które są kompletnymi bzdurami jakoby Jarosław Kaczyński miał zakładać sektę grożącą jedności Kościoła w Polsce.
Krótko mówiąc, „Newsweek” dość gwałtownie został sprowadzony do poziomu parteru, do pisma, które zajmuje się sponsoringiem wśród studentek i tego typu tematami. Zmiana naczelnego jest zatem bardzo uzasadniona, ale logiczne byłoby to, że wydawca wybierze osobę, która ponownie nada pismu poważny ton. Tomasz Lis, czy w ogóle szukanie naczelnego w kręgu celebrytów, pokazuje jednak, że wydawca akceptuje taki kierunek. Ringier, który wydaje w innych krajach Europy prasę, delikatnie mówiąc brukową, także w Polsce chce mieć brukowego „Newsweeka”. Ma chyba ambicje, by zrobić z niego brukowiec polityczny, w związku z czym należy rozumieć, że wydawca w zasadzie akceptuje linię Maziarskiego, tylko krótko mówiąc – Maziarski był niewystarczający. Trzeba kogoś, kto będzie jeszcze bardziej szedł w tym kierunku.
Są w tej sprawie jeszcze dwa śmieszne aspekty. Śmieszne jest to, że w momencie, kiedy były redaktor naczelny „Newsweeka” zostaje redaktorem naczelnym „Wprost”, to były naczelny „Wprost” zostaje redaktorem naczelnym „Newsweeka”. To oznacza, że prawdopodobnie każdy z nich weźmie ze sobą ludzi, z którymi wcześniej pracował. Redakcje zamienią się ze sobą miejscami, co z punktu widzenia czytelnika jest jakimś kompletnym idiotyzmem. Śmieszne jest jeszcze to, że – z całym współczuciem dla Wojtka Maziarskiego, zareagował on takim czułym wstępniakiem na odejście Lisa z „Wprost”, w którym wychwalał go jako wspaniałego, najlepszego dziennikarza. Wygląda na to, że wydawca przeczytał ten jego wstępniak i zanadto wziął go sobie do serca.
„Newsweek” ma zresztą takie tendencje do strzelania sobie w stopę. Na rocznicę redakcja zrobiła sobie takie zdjęcie na rozkładówkę, na którym było ponad 120 osób. Kiedy wydawca w Szwajcarii to zobaczył, natychmiast zwolnił połowę z tych ludzi, bo prawdopodobnie od razu do niego dotarło ile osób zatrudnia w gazecie. Teraz przeczytał wstępniak Maziarskiego, wychwalający Lisa jako lepszego dziennikarza od siebie i stwierdził, że lepszym Maziarskim będzie Lis. Trudno tego nie uznać za groteskową rzeczywistość.
Jaka jest logika robienia naczelnym kogoś, kto doprowadził do takiego spadku sprzedaży „Wprost”? Wszyscy jeszcze pamiętamy żenujące zawyżanie wyników przez Lisa. Podejrzewam jednak, że szwajcarski wydawca kompletnie nie zna sytuacji tu w Polsce. Zresztą, wskazywałyby na to pogłoski z innych wydawanych przez Ringier Springer pism. Rzeczywiście, legenda o zwiększeniu przez Lisa sprzedaży „Wprost” absolutnie nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. W ostatnim miesiącu, z którego są dane, czyli w grudniu, mając numer świąteczny, czyli podwójny, co powinno zwiększyć sprzedaż, „Wprost” osiągnął sprzedaż na poziomie 92 tys. egzemplarzy. Jest to sprzedaż znacznie niższa niż średnia sprzedaż w 2009 roku, która wynosiła 98,5 tys. egzemplarzy.
Oczywiście, „Wprost” straszliwie kugluje z tzw. rozpowszechnianiem płatnym – w tym ostatnim, świątecznym miesiącu to było ponad 28 tys. egzemplarzy. Ale to są dane dla naiwnych. Jedynie naiwni mogą wierzyć, że rozpowszechnianie płatne to jest sprzedaż. Ludzie z branży wiedzą doskonale, że to się kompletnie nie liczy. Liderzy tabel, ani „Polityka”, „Uważam Rze”, „Gość Niedzielny” czy „Gazeta Polska”, właściwie żadne gazety nie uprawiają tego rodzaju rozdawnictwa. Wyłącznie dwa tygodniki wetują sobie statystyki rozpowszechnianiem płatnym. To jest właśnie „Wprost”, który robi to na gigantyczną skalę i „Newsweek”, który robi to na skalę mniej więcej 10 tys. Oba te pisma robią to po to, by optycznie utrzymać się ponad magiczną granicą 100 tys. egzemplarzy. W praktyce, już dawno są poniżej.
Nie jestem w stanie zrozumieć czym się kieruje Ringier Springer. Być może tym, że Tomasz Lis jest pewną instytucją na salonach władzy. Jest pluszakiem pana premiera i być może wydawcy opłaca się zatrudnić naczelnego, który – delikatnie mówiąc – niewiele poprawi w piśmie ale zapewni lepsze przełożenie na środowiska, z którymi dobrze mieć dobrze.
Rozmawiała Marta Brzezińska

