Politycy Platformy Obywatelskiej oraz dziennikarze „Gazety Wyborczej” mają powód do szczęścia. Instytut Pamięci Narodowej został skutecznie sparaliżowany przynajmniej na pół roku. Ma ogromne problemy z dystrybucją książek oraz zamawianiem nowych publikacji. Dopiero buduje nową sieć dystrybucji oraz procedury zamawiania publikacji. Czy to skutek niedbalstwa, czy zaplanowanego zakneblowania Instytucji walczącej o historyczną edukację Polaków? Nie wiadomo, ale jedno jest pewne - IPN przez jakiś czas nie będzie drażnić tych, którzy uważają, że polską historię należy zabetonować.

Przynajmniej przez chwilę PO i „Gazeta Wyborcza” odetchną z ulgą. Ich mentorzy, „autorytety moralne Polski” będą spać spokojnie. A więc na Czerskiej i u premiera będzie milsza atmosfera. Nie będą te popłuczyny po endecji, politykierzy przebrani za historyków, nienawistnicy rzucający oszczerstwa mogli nic robić. Istna laba – historii nie ma, a my sobie będziemy robili bohaterów, z kogo tylko chcemy. Bo nic nie zależy od obiektywnych uwarunkowań, wszystko od tego, co napiszemy i co powiemy – mogą sobie mówić wspólnie pewien redaktor z Dolnego Mokotowa z pewnym politykiem z Gdańska. Teraz wspólnie będą mogli tworzyć historię jak im w duszy zagra.

A IPN? Być może wróci do normalnej pracy, jak uda mu się odbudować sieć dystrybucji oraz system zamówień wydawniczych. Niewykluczone jednak, że cała sprawa ma dać czas nowemu szefostwu, które zapewne pojawi się do maja, na „posprzątanie” IPNu z nieuporządkowanych historyków, którzy chcą się zajmować „politykowaniem”, a nie rzetelnym opisywaniem historii. Jeśli na tym polegała akcja sparaliżowania Instytutu nie ma żadnej wątpliwości, że Instytutu do normalnej pracy już nie wróci. Wróci do takiej pracy, na jaką otrzyma zgodę z Gdańską i Dolnego Mokotowa.

Instytut Pamięci Narodowej od lat jest solą w oku środowisk, które boją się prawdy o kulisach powstania III RP oraz chcą zamiatać historię Polski pod dywan. Wraz z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym Instytut był w ostatnich latach najbardziej atakowaną instytucją publiczną w Polsce. Nagonka na IPN osiągnęła kuriozalnie gigantyczne rozmiary po opublikowaniu książki o współpracy Lecha Wałęsy z SB oraz niszczeniu przez niego dokumentów na ten temat. Dla polityków Platformy Obywatelskiej IPN stał się wtedy wrogiem numer jeden. Najważniejsi urzędnicy w państwie, z premierem i marszałkiem Sejmu włącznie, opluwali tę instytucję oraz jej pracowników i grozili, że IPN zapłaci za swoją działalność. I zapłacił...

Stanisław Żaryn

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »