Mąż kobiety podpisał dokumenty „adopcyjne" podczas audycji na żywo w lokalnym radiu. Tym samym Stan Musil stał się ojczymem Alici Anny i Vincenta Matthew, którzy nigdy się nie urodzili i dopiero teraz otrzymali imiona.
Lisa Musil, 45-letnia Amerykanka z Kalifornii, pierwszą ciążę usunęła 26 lat temu - opisuje historię „Rzeczpospolita". Gdy pierwszy raz zaszła w ciążę ze swoim ówczesnym chłopakiem, miała 19 lat. Na zabieg zdecydowała się w trzecim miesiącu ciąży. Jak mówi, wydawało jej się, że od tej chwili wszystko się ułoży, ale tak się nie stało.
- Czułam potworny ból w sercu. Moje życie wymknęło się spod kontroli - wspominała dziennikarzom. Zaczęła brać narkotyki, popadła w alkoholizm. Za jazdę po pijanemu groziło jej więzienie. Wtedy zaszła w kolejną ciążę, którą - również w trzecim miesiącu - usunęła.
Miała szczęście - pomógł jej wtedy brat, głęboko wierzący człowiek. Zabrał ją do kaplicy w Costa Mesa. Tam Lisa zdecydowała, że chce poświęcić życie Chrystusowi. - Zrozumiałam, jak Bóg bardzo mnie kocha i wybacza mi to, co zrobiłam. Pozwolił mi pomagać innym kobietom w podobnej sytuacji - powiedziała.
Od tego czasu Lisa zaangażowała się nie tylko w pomoc kobietom, ale też w budowę pomnika z nazwiskami nienarodzonych dzieci. Gdy zastanawiała się, jakie nazwiska umieścić obok swoich, z pomocą przyszedł mąż, oferując „adopcję". - Twoje dzieci są częścią ciebie, dlatego też są częścią mnie - powiedział żonie Stan Musil.
Prawnie taka adopcja jest niemożliwa, bo dzieci nie mają aktu urodzenia. Ale znajomy prawnik podpowiedział im, że mogą dokonać symbolicznego aktu adopcji. Był on potrzebny, by kobieta potrafiła pogodzić się z własnym sumieniem.
Czy ta historia wzmocnie dyskusję o aborcji? Ks. prof. Paweł Bortkiewcz, moralista z Uniwersytetu Mickiewicza w Poznaniu wątpi, by przekonała jej zwolenników. Ale - jak dodaje - forma jest zaskakująca i budzi zdziwienie, może być apelem do ludzkich sumień.
AJ/Rz
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

