Niemiecka gazeta „Die Welt” opublikowała długą rozmowę z pewną wolontariuszką, która pracuje w największym obozie dla uchodźców w Hamburgu. To co mówi wolontariuszka jest przerażające.
Wolontariuszka na początku była pełna idealizmu odnośnie pomocy dla uchodźców. Uważała, że trzeba za wszelką cenę im pomagać, więc zgłosiła się na ochotnika do pracy w obozie. "To było dokładnie to, co chciałam robić. Gdy przyjęli mnie do pracy w ośrodku skakałam z radości. Miałam pomagać 1500 imigrantom, którzy przebywają w ośrodku w załatwianiu różnych spraw, od wizyt lekarskich po składanie wniosków o azyl. Pamiętam, że w pierwszy dzień pracy byłam w znakomitym nastroju (...) Po pierwszych wizytach imigrantów w moim biurze zorientowałam się, że moje bardzo pozytywne wyobrażenie o tych ludziach było błędne. Niektórzy byli oczywiście mili, gotowi do integracji i wdzięczni za pomoc. Ale to zdecydowana mniejszość. Współpraca z 90 proc. z nich okazała się być bardzo nieprzyjemna".
Wolontariuszka mówi wprost: imigranci są „niesłychanie roszczeniowi i bezczelni”. "Przychodzą do mnie i domagają się, bym im natychmiast załatwiła dom, szykowny samochód i świetna pracę. Bo przecież od tego jestem, a oni tu dotarli po to. Gdy im tłumacze, że to niemożliwe, stają się agresywni. Grożą samobójstwem, głodówką albo grożą, że odetną mi głowę. Z tego powodu policja ciągle tu przyjeżdża. Jedne przyszedł do mnie z nakazem deportacji i pytał co będzie dalej. Wytłumaczyłam mu. W następny dzień podszedł do jednej z moich koleżanek z nowymi dokumentami tożsamości. Nazywał się zupełnie inaczej i zamiast zostać deportowanym, przeniesiono go do innego ośrodka".
Ale najgorsza, jak twierdzi kobieta jest agresja seksualna. "70 proc. ludzi w ośrodku to samotni mężczyźni, tak w wieku między 20 a 25 lat. Zachowują się wobec nas kobiet w sposób, który jest nie do przyjęcia. W ogóle nie szanują kobiet. Nie słuchają nas gdy do nich mówimy. Gwiżdżą za nami i wołają coś w swoich językach. Nie wiem co, ale się domyślam. Śmieją się. To jest naprawdę nieprzyjemne. Fotografują nas też telefonami wchodząc za nami po schodach. Teraz jak poruszam się po ośrodku patrzę prosto przed siebie, nie uśmiecham się do nikogo, by ich nie prowokować. Niestety to nie pomaga. W ostatnich tygodniach sytuacja się jeszcze pogorszyła, ze względu na nagły napływ imigrantów z Maroka, Tunezji czy Libii. Zakładam wyłącznie szerokie spodnie i bluzki zapięte pod samą szyję. Nie maluję się już w ogóle. Zachowuje się też inaczej. Nie chodzę już tam, gdzie przebywają większe grupy mężczyzn. Większość czasu spędzam w moim maleńkim biurze, czasami cały dzień stamtąd nie wychodzę. Nie jeżdżę też już metrem do pracy, bo ostatnio jeden z imigrantów molestował moją koleżankę w metrze. Jeżdżę więc samochodem".
Tak wygląda rzeczywistość.
mm/Die Welt
