To jest skandal, który ma wiele wymiarów. Z jednej strony to jest radykalne ograniczenie wolności słowa. To uzurpacja władzy sądowniczej do tego, żeby decydować, co można w publicystyce, a czego nie. Jak wolno interpretować świat, a jak już nie wolno. Okazuje się, że to sąd teraz decyduje, która publicystyka jest właściwa, jaka ocena świata jest właściwa, a kiedy dochodzi do wniosku, że ktoś dokonał błędnej interpretacji, to efektem jest kara.

 

To jest skandal intelektualny, instytucjonalny, na każdym poziomie. Ale na wyrok w sprawie Rymkiewicza trzeba spojrzeć w szerszej perspektywie. Mianowicie, chodzi o to, że sądy stały się elementem władzy III RP i oligarchii III RP, na którą składają się główne ośrodki. Jednym z nich jest oczywiście „Gazeta Wyborcza”. I oto nie wolno krytykować Adama Michnika, nie można wyciągać wniosków z tego, co on mówi. Andrzej Zybertowicz powiedział przecież, że Adam Michnik walczył z komuną, więc teraz mu więcej wolno. To samo - może innymi słowy, ale chodzi przecież o sens – powtarza Adam Michnik i ci, którzy występują w jego imieniu.

 

Sąd występuje jako element układu oligarchicznego, który blokuje wolność słowa w Polsce. To jest bardzo niebezpieczne zjawisko. Czasami przybiera ono charakter groteskowy, bo w tym samym czasie również sąd przyznaje prawo Wałęsie do kłamania na temat innych ludzi i obrażania ich. Tak było w procesie z Grzegorzem Braunem czy Ryszardem Czarneckim, gdzie Lech Wałęsa insynuował, że Czarnecki nie działał w opozycji, co jest wierutnym kłamstwem i obrażał Grzegorza Brauna. Sąd uznał, że Lechowi Wałęsie wolno tak postępować. Mamy tu ewidentne naruszenie jakiejkolwiek idei prawa. Podczas gdy wobec prawa ludzie powinni być równi, okazuje się, że tacy nie są. Nie wolno analizować tego, co mówił Michnik (oczywiście, jeżeli wyciąga się krytyczne wnioski), a z drugiej strony Wałęsie wolno obrażać ludzi. To jest pewien obraz rzeczywistości III RP.

 

not. eMBe