Szanowny Panie,
Bardzo dziękuję za odpowiedź. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu, że pisanie o rzeczach oczywistych wywołuje aż tyle emocji. Może dobrze, bo jest okazja zwrócić uwagę na kwestie, które w debacie publicznej są lekceważone.
I pan, i ja zgadzamy się w kwestii konieczności angażowania ojców w opiekę nad dziećmi. Dziecko nie jest tylko matki, ani tylko ojca, jest owocem ich miłości, dlatego oboje powinni wspierać się w tej trudnej, ale jednocześnie niesamowicie pięknej pracy, jaką jest wychowywanie młodego człowieka. Sytuację, w której to kobieta zawłaszcza sobie sferę opieki nad dziećmi na wyłączność i nie dopuszcza mężczyzny, uważam za równie złą czy wręcz patologiczną. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. Mam jednak wrażenie, że dojrzałych mężczyzn do opieki nad dziećmi zachęcać nie trzeba. Kąpią dzieci, przewijają, bawią się z nimi i nie stanowi to dla nich żadnego problemu. Warunkiem jest jednak owa dojrzałość. Nie wiem, czy receptą na jej brak jest wysyłanie mężczyzn na 4-tygodniowy urlop. Ale być może jest to sygnał dla ojców, by byli pełnoetatowymi ojcami.
Zarzuca mi Pan, że jednostronnie podeszłam w liście do Pana do kwestii macierzyństwa, że nie pisałam o nudzie i frustracji wynikającej z siedzenia w domu z dzieckiem. Specjalnie napisałam teraz o „siedzeniu”, bo niestety w opinii wielu do tego sprowadza się wybór kobiety, która zrezygnowała z pracy zawodowej poza domem. Jestem wyczulona na język, którym określa się takie kobiety. I coraz głośniej przeciwko temu protestuję. Mówi się o kurach domowych, a ostatnio za sprawą pani minister Kozłowskiej-Rajewicz o kobietach domowych. Mówi się, że kobietom tym ucieka życie, że się marnują, że frustrują. Sama spotkałam się ze zdziwieniem ze strony np. fryzjerki czy kosmetyczki, że mimo czwórki dzieci, mam ochotę o siebie zadbać. Albo że nie wyglądam na matkę czwórki dzieci. Na Boga, aż strach pomyśleć, jak w ich wyobraźni taka matka ma wyglądać. Jest to niestety efekt medialnego lansowania tezy, że spełniona kobieta, szczęśliwa kobieta, to tylko ta realizująca się w pracy zawodowej.
Szanowny Panie, tak – bycie w domu nie jest pozbawione trudności, rutyny i frustracji. Bo zmęczenie, bo nieprzespane noce, bo choroby. Ale czy uważa Pan, że z pracą zawodową frustracje się nie wiążą? Czy jest Pan przekonany, że wszystkie kobiety pędzą na skrzydłach do pracy, bo ona je rozwija? Na pewno wiele kobiet pracuje w swoim zawodzie, ma faktycznie pasjonujące zajęcia, ciągle się uczą i rozwijają. I tylko pozazdrościć. Jeśli jeszcze udaje im się godzić wymarzoną pracę z macierzyństwem, tym bardziej wielki szacunek. Tyle że nie wszystkie kobiety mają tyle szczęścia, wiele wykonuje mało ambitne prace, bo akurat takie były, a dzieci trzeba przecież nakarmić i rachunki zapłacić. I o emeryturze też myśleć trzeba, bo manna z nieba nie spadnie. I wyboru nie mają. Trzeba iść do pracy i tyle. Czy myśli Pan, że kobiety takie nie frustruje myśl o tym, że ich dziecko wychowuje ktoś inny, że to niania czy babcia słyszą pierwsze słowa czy widzą pierwsze kroki? Czy one nie mają poczucia, że im umyka coś cennego, coś co nigdy już się nie powtórzy? Taki wybór jest słuszny. Pomyje można wylewać na kobiety, które zdecydowały się zawodowo nie pracować, a swoją energię i wiedzę wykorzystać w wychowywaniu dzieci. A jeśli jest osobą wykształconą – to już w ogóle niemal przestępstwo. Skoro mąż z żoną podęli taką decyzję, to proszę to uszanować, nie krytykować i nie przyklejać łatek. Do takiego wyboru kobieta również ma prawo. Jeśli ma warunki, by się w ten sposób realizować, niech nie będzie stygmatyzowana, że leń i utrzymanka. My kobiety wychowujące dzieci i pracujące w domu też chcemy być szanowane.
Zarzuca mi Pan, że troszkę się podszywam pod „kobietę udomowioną”, bo przecież „na zlecenia” wykonuję jakąś pracę. Wykonuję, nie przeczę. Pracuję jednak w domu, więc ta praca też taka „udomowiona”. Bardzo dużo rozmawiam z różnymi mami (akurat do małomównych i nieśmiałych kobiet nie należę) i wiele z nich podkreśla, że chętnie pracowałoby w domu, ale pracodawca się nie zgadza. Albo szukają pracy z elastycznymi godzinami – o co też, jak się okazuje, łatwo nie jest. I tu jest całe pole dla mediów, dla Kościoła, by apelowali do pracodawców o ułatwienia dla matek.
Mam wrażenie, że w całej tej debacie za bardzo skoncentrowaliśmy się na prawach kobiety, matki, prawach ojca, a gdzieś w tym wszystkim umyka nam to, co najważniejsze, czyli dzieci. Ostatnio przeczytałam badania, w których pytano rodziców, dlaczego nie chcą mieć więcej dzieci. I wcale nie dlatego, że ich nie stać – co w debacie medialnej się podkreśla. Tylko dlatego, że „już mają jedno”. Plan został więc wykonany. Po co się męczyć. A dzieci, i tu myślę Pan się ze mną zgodzi, to nie ciężar tylko dar. To, co my im damy od pierwszych chwil ich życia, odbierzemy po latach. Niech nasz egoizm, nie zasłania nam tej prawdy. Bo naprawdę dziecko może nie mieć najdroższych zabawek, ale rodzeństwo jest konieczne. Nigdy nie spotkałam kobiety, która by żałowała, że urodziła za dużo dzieci, a wiele razy takie, które żałują, że urodziły ich za mało. Bo myślały, że szczęście da im praca zawodowa.
Malgorzata Terlikowska
Zapis dyskusji:
Są kobiety, których pasją jest macierzyństwo. List „kobiety udomowionej” do Piotra Pacewicza
„Udomowienie kobiety” – wybór czy wyrok? Piotr Pacewicz odpowiada na list Małgorzaty Terlikowskiej
