Dziękuję Pani za uwagi, spróbuję odpowiedzieć. Zgódźmy się co do tego, że oboje – pani ma czwórkę dzieci, ja trzech synów (i wnuczkę) – doceniamy radość i sens bycia z dziećmi, obserwowania jak rosną, rozwijają się, buntują, dojrzewają, szukają swej drogi. Zachęcamy ojców do brania urlopów rodzicielskich właśnie po to, by rozbudzać - jak najwcześniej - miłość do własnych dzieci. Cieszę się, że Pani docenia także zaangażowane ojcostwo (choć nie może Pani jeszcze wiedzieć, jak relacja z dziećmi liczy się, gdy człowiek się starzeje).
Przypomnę tylko, bo chyba to akurat Pani umknęło, że nie zabiegamy o urlop ojca, gdy dziecko jest „kilkutygodniowe”, a nawet domagamy się by urlop macierzyński i rodzicielski (łącznie rok) można było wykorzystać do ośmiu lat dziecka (jak w Szwecji, w Belgii – nawet do 12 lat). Jako doświadczeni rodzice wiemy oboje, że dziecko miewa trudne chwile nie tylko w pierwszym roku życia.
Wierzę tak jak Pani w magiczną moc karmienia piersią i muszę się – acz niechętnie - zgodzić, że jest ono dla mężczyzn nieosiągalne. Nie tylko z własnego doświadczenia wiem jednak, że już przy porodzie i w pierwszych tygodniach życia dziecka, bliskość z ojcem jest ważna.
Przedstawia się Pani jako „kobieta udomowiona” z wyboru, powołania, w pełni zrealizowana. Wiem, że są takie kobiety. Zresztą Pani cytuje zdanie z mego tekstu: „I dzisiaj są kobiety, które chcą realizować się tylko w domu (daj im Boże kochającego i zamożnego małżonka!), ale większość chce pracować, zarabiać, awansować i powinny mieć do tego prawo, na równi z mężczyznami”.
Proszę wybaczyć, ale na użytek polemiki przemilczała Pani ciemne strony „udomowienia”, o których opowiedziała pani Grzegorzowi Sroczyńskiemu w „Wysokich Obcasach” (przy okazji gratuluję odwagi, otwartości i wdzięku).
„Byłaś dziennikarką?” – pyta Sroczyński. Pani na to:
„Tak. Radiową. Ludzie podobno lubili mnie słuchać. Robiłam sporo reportaży. Jednego dnia latałam szybowcem, drugiego jechałam do Centrum Zdrowia Dziecka, trzeciego biegłam do cyrku, bo się umówiłam z treserem tygrysów (…). I tak dzień w dzień. A teraz? Jednego dnia Marysia ma katar, drugiego dnia katarem zaraża się Mikołaj, trzeciego - Zosia, a w końcu Jaś”.
Słychać w tym jakąś tęsknotę, prawda? Sroczyński pyta, czy jest Pani dobrą matką.
„Czasem mam wrażenie, że trochę sfrustrowaną (..). Brakuje mi kontaktów z ludźmi. W lecie są inne ''wózkowe'' na podwórku, ale w zimie - koszmar. Zdarza się, że trzeci tydzień siedzę kamieniem w domu. Wtedy się duszę. Jak wraca Tomek, zostawiam go z dziećmi i wybiegam”.
A wreszcie okazuje się, że w pani „udomowieniu” mieści się pracę „na zlecenie”: „Codziennie siadam do komputera do redagowania książek (…) I to mnie psychicznie ratuje, bo kokosów to z tego nie ma. Myślałam o powrocie do pracy, ale to nie ma sensu - cała pensja by szła na nianię. W Polsce kobieta z dziećmi nie zarobi. Zresztą kto przyjmie matkę z czwórką dzieci, która trzy tygodnie jest na zwolnieniu, bo chorują?
I dlaczego tak jest w katolickiej Polsce?- pyta Sroczyński.
Nie mam pojęcia.
W tej okropnej gejowskiej Szwecji jest inaczej.
I to boli. Dlatego uważam, że Kościół powinien więcej mówić o kobiecych problemach. Feministki zawłaszczyły temat, a to źle”.
Nie chcę zawłaszczać tematu, zwłaszcza, że nie mógłbym lepiej od Pani zdefiniować podstawowego problemu Polek: jak pogodzić macierzyństwo z pracą.
A skoro o Szwecji mowa. Na 100 matek, które biorą urlop rodzicielskich przypada tam 77 ojców. To jeden z powodów, dla których Szwedki nie stoją przed tym dramatycznym wyborem: albo dzieci albo praca. Aż 83 procent Szwedek, które mają troje i więcej dzieci pracuje zawodowo! I dlatego rodzą dzieci na potęgę.
Skarży się pani na odruchy niechęci wobec Państwa wielodzietnej rodziny. Przykro słuchać, że jest i taka forma dyskryminacji. Ale czy Pani wie, że rodzin wielodzietnych najwięcej jest właśnie w krajach, które dbają o pracę kobiet? We Francji 25 proc. kobiet ma co najmniej trójkę dzieci, w Szwecji 21 proc.! W tradycyjnych społeczeństwach, jak Włochy, gdzie państwo zakłada, że należy kobietę „udomowić”, dzieci jest na lekarstwo a rodzin wielodzietnych prawie wcale.
Zgadzam się oczywiście z Panią, że pragnienie pracy kobiet to nie tylko wyraz rosnących aspiracji (m.in. niebywałego pędu do edukacji), ale także konieczność materialna. Ale tego nie zmienimy naszymi apelami: ani Pani, ani ja.
Pisze pani, że „jako matka czwórki wcale takiej równości nie chcę”. Nie chcę narzucać swoich wartości, ale twierdzę, że taka deklaracja nie jest już typowa. Ale wydaje mi się także, że Pani „udomowienie” jest przede wszystkim wyznaniem wiary w wartość życia rodzinnego, w którym przecież praca kobiety nie musi przeszkadzać.
Mimo wszystkich różnic miedzy nami pewnie zgodzilibyśmy się, że należy tworzyć świat, w którym mężczyźni odnajdą radość z ojcostwa, a kobiety będą miały warunki, by podjąć pracę w wymiarze, który uważają za właściwy. Nieliczne z tego zrezygnują, inne będą pracowały part-time, jeszcze inne popędzą do pracy jak szybko się da.
Wyniki znanych mi badań potwierdzają, że jeśli „udomowienie” miałoby być wyrokiem, większość kobiet nie chce zostać skazana i woli dzieci nie mieć. Gdy CBOS zapytał ludzi o przyczynę spadku urodzeń, najwięcej badanych - aż 60 proc. – wymieniło „obawę kobiet przed utratą pracy”.
Jako feminista-recydywista nie mogę się na koniec oprzeć uwadze, że z kobietą o katolicko-prawicowych poglądach taki nawet taki lewak jak ja może podyskutować. Bez ryzyka, że ktoś mnie skaże na męki piekielne. Nie przesądzam przy tym, że mi się nie należą
Piotr Pacewicz
Zapis dyskusji
Są kobiety, których pasją jest macierzyństwo. List „kobiety udomowionej” do Piotra Pacewicza
