Fronda.pl: Mija właśnie rok od katastrofy smoleńskiej. W Pana ocenie dokonała ona nowych podziałów w polskim społeczeństwie czy pogłębiła tylko istniejące?
Prof. Zdzisław Krasnodębski: Sądzę, że ona dokonała jednego i drugiego. Z jednej strony katastrofa wyostrzyła to pęknięcie, które jest obecnie w polskim społeczeństwie od dawna. Widzieliśmy je choćby w sporach, które się toczyły przed 10 kwietnia, oraz niewybrednych atakach na prezydenta Lecha Kaczyńskiego. One były przecież bardzo ostre od 2005 roku. Konflikt w Polsce ma oczywiście dużo głębsze przyczyny, szukając ich moglibyśmy się cofać bardzo daleko w przeszłość.
Po katastrofie coś się chyba jednak zmieniło.
Po „Smoleńsku” konflikt w Polsce stał się zdecydowanie bardziej fundamentalny i emocjonalny. Ludzie, którzy do tej pory przyglądali się mu z dystansem, nie uczestniczyli w nim, poczuli się zmobilizowani, żeby zabierać głos. W tej chwili mamy do czynienia z procesem niezwykle ciekawym – z rodzeniem się społeczeństwa obywatelskiego. Powstaje wiele inicjatyw spontanicznych, organizowane są np. obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej. To wszystko powstaje oddolnie. To jest zjawisko nowe. My mamy obecnie już nie do czynienia z konfliktem politycznym, między dwoma partiami. Moim zdaniem widzimy silny pokojowy ruch protestu, który jest zwrócony przeciwko rządzącym, ale również spiera się z szerokimi grupami, które wspierają obecną władzę.
Czy w tym sporze po katastrofie smoleńskiej aktywność wykazuje tylko strona walcząca o prawdę o katastrofie smoleńskiej?
Oczywiście – jak zwykle – w tym sporze są dwie strony konfliktu. Strona przeciwników pamięci o katastrofie smoleńskiej uaktywniła się po raz pierwszy podczas protestów związanych z pochówkiem Pary Prezydenckiej na Wawelu. Ona również próbowała niszczyć pamięć o ofiarach katastrofy. Ta strona zawsze istniała, dominowała w mediach. W ramach kampanii, która toczyła się przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu, wmówiono ludziom, że mamy fatalnego prezydenta. Potem udało się to pogłębić, upowszechnić czarną legendę Lecha Kaczyńskiego. Ona obecnie trochę przyblakła. Jednak swego czasu narracja, mówiąca o „mordzie na Barbarze Blidzie”, „prześladowaniu doktora G.”, była dominująca. Ten typ opowieści przemawiał do ludzi. Udział w tym brali dziennikarze, politycy, satyrycy. To się stało rzeczą modną, wyśmiewanie i drwina stały się bronią polityczną. Janusz Palikot stał się animatorem tego typu ruchów. To było bardzo widoczne i dominowało w oficjalnym życiu publicznym.
Jak na ludzi popierających ten sposób narracji wpłynęła katastrofa smoleńska?
Ta atmosfera wokół prezydenta Lecha Kaczyńskiego i nagonka na niego były pewnym tłem katastrofy smoleńskiej. One przyczyniły się do tej tragedii. Po 10 kwietnia przyszła kontrreakcja ludzi. Oni zaczęli przychodzić na Krakowskie Przedmieście. Większość to byli ludzie, którzy czuli, że ta kampania godziła w ich godność, bo oni popierali prezydenta, głosowali na niego. Jednak przed Pałacem Prezydenckim pojawili się także ci, którzy poczuli się oszukani przed media. Nagle okazało się bowiem, że prezydenta można było przedstawiać inaczej, że nie był on tylko „małym człowiekiem”, „obiachowym”. Lech Kaczyński stał się po śmierci symbolem Polski odepchniętej, lżonej, czy ośmieszanej. Po katastrofie smoleńskiej strona atakująca prezydenta na chwilę się wyciszyła.
Konflikt rozgorzał jednak szybko na nowo
Tak, i dodatkowo ogarnął nowe obszary – sprawę śledztwa smoleńskiego oraz pamięć o ofiarach tragedii. Mamy obecnie z jednej strony tych, którzy tę pamięć chcą zatrzeć, sprowadzić katastrofę do jednego z wielu wypadków. Ci ludzie byliby gotowi poświęcić śledztwo, zatuszować je. Z drugiej strony znajdują się ci, którzy zgodzić się na to nie chcą. Rządzący obierają zaś stronę tych, którzy chcą wyciszyć sprawę. Świadczą o tym słowa o końcu żałoby, które pojawiły się już miesiąc po katastrofie. Te hasła wywołują oburzenie.
Pana zdaniem „Smoleńsk” wytycza nową linię podziału społeczeństwa?
Dotychczas mieliśmy podział na stronę postsolidarnościową i postkomunistyczną, mieliśmy również spór III z IV RP. Dziś trudno jednak znaleźć adekwatną nazwę. Ten spór dotyczy czegoś innego, chodzi o zupełnie elementarne sprawy. Ten ruch smoleński, rozumiany bardzo szeroko jako konfederacja wolnych Polaków, zgodzić się nie może na to, co dzieje się wokół Smoleńska. I to jest źródło konfliktu obecnego w Polsce po katastrofie smoleńskiej.
Dlaczego w Pana ocenie Polacy tak łatwo zmienili odczucia związane z katastrofą? Dlaczego tym ludziom, którzy tłumnie przychodzili na Krakowskie Przedmieście, tak łatwo było wmówić, że ta sprawa już została wyjaśniona i jest nieistotna?
Kategoria charakteru narodowego jest obecnie krytykowana przez naukowców. Więc mówię to z zastrzeżeniem, ale sądzę, że jest pewien profil wspólny Polaków. Niemcy, których obserwuje na co dzień, są zdecydowanie mniej emocjonalni, bardziej systematyczni, kierują się regułami, zasadami. Tymczasem Polacy – jako zbiorowość - są bardziej emocjonalni, reagują uczuciowo na ważne wydarzenia. Mniej są natomiast przywiązani do reguł, dalekosiężnych celów, systematycznych działań. W związku z tym, naturalną reakcją na katastrofę smoleńską, były emocje. Polacy oddawali więc cześć ofiarom. To ma oczywiście również związek z religijnością, podejściem do śmierci.
W zmianie, o którą Pan pytam, ważne jest przejęcie kontroli nad niemal wszystkimi instytucjami życia publicznego przez jedną opcję polityczną. Jeszcze nigdy w Polsce po 1989 roku nie było tak, by władza była tak skoncentrowana. To dotyczy również mediów. W nich nastąpił właściwie całkowity zanik pluralizmu. W prywatnych go nie było, a w publicznych się skończył, po czystkach jakich dokonały nowe władze. Usunięto tych, którzy starali się ważyć racje obu opisywanych stron.
Powstała gigantyczna machina perswazyjna
Oprzeć się tego rodzaju bombardowaniu i systematycznym dążeniom do wpływania na opinię publiczną jest bardzo trudno. W dodatku ta władza i te media w sposób bardzo zręczny odwołują się do negatywnych emocji Polaków. Koncentrowanie obecnie wszystkiego na Jarosławie Kaczyńskim, któremu poświęca się dużą część większości programów informacyjnych, też ma na celu wytworzenie wrażenia, że za cały konflikt odpowiada jeden bardzo zły człowiek – właśnie prezes PiS. To się wprost wmawia Polakom.
Oni zdają się to łatwo kupować...
To umożliwia im często wyjście z poczucia własnej winy moralnej. Ten, kto się wyśmiewał z „głupiego, obciachowego Kaczora”, ten musi odczuwać wyrzuty sumienia i je stłumić w sobie. On musi sobie tłumaczyć, że za katastrofę smoleńską odpowiada nielubiany przez niego polityk. Dlatego moim zdaniem udało się te tłumy obecne po 10 kwietnia przed Pałacem rozproszyć. Jednak udało się to zrobić tylko częściowo. Bowiem oprócz emocjonalności Polacy cechują się również umiejętnością samoogranizowania się w sytuacjach krańcowych. W sytuacji kryzysu ludzie często mówią: dość, to nasze państwo, my nie pozwolimy, by tak postępowano! To doprowadziło do powstania ruchu obywatelskiego, który obserwujemy obecnie. On jest szeroki, używa nowych mediów i jest wyrazem cech, które uaktywniały się w czasach PRLu. Polacy wbrew władzy, mediom, większości ośrodków opiniotwórczych ptrafią walczyć o swoje racje.
Jaka jest szansa na przełamanie podziałów istniejących obecnie w Polsce? Co musi się stać, by one zniknęły?
Należy pamiętać, że podziały to coś normalnego. Od kiedy ja żyję Polska zawsze była podzielona. Tak było za czasów komuny. Przecież dwa miliony Polaków było członkami PZPR. Ludzie różnie reagowali na wprowadzenie stanu wojennego, na powstanie „Solidarności”. Były podziały dotyczące Okrągłego Stołu. Podziały, odbywające się w instytucjonalnych ramach zakładając pewną wspólnotę minimalną, są czymś normalnym. W Polsce chodzi jednak o coś więcej. Chodzi o kwestie zasadnicze, podstawy państwa. Ten obecny przypomina trochę czasy komunizmu i stanu wojennego, choć oczywiście warunki są inne.
Można wyjść z takiego podziału?
Proszę pamiętać, że w czasie stanu wojennego mieliśmy dużo ostrzejszy podział. Wtedy bito ludzi i wsadzano do więzień. A jednak jakoś udało się ten podział przezwyciężyć. I z obecnego podziału również da się zapewne wyjść. To się stanie, gdy – upraszczając sprawę – uda się jednej stronie przekonać do swoich racji większość społeczeństwa, czyli wygrać. Kiedyś nie było symetrii między stronami konfliktu, prawda nie była pośrodku, lecz po jednej stronie. Tej symetrii nie ma również dziś. Bowiem czego – w sporze o Smoleńsk – można bronić? Sposobu reagowania na Lecha Kaczyńskiego przed 10 kwietnia? Ataków posła Palikota czy Niesiołowskiego? Oddania śledztwa Rosjanom? Przygotowania wizyty polskiego prezydenta w Katyniu? Nie. Tutaj żadnej symetrii nie ma.
Dlaczego Pan tak uważa?
Niezależnie od tego jakie były bezpośrednie przyczyny katastrofy smoleńskiej każdy uczciwy człowiek, po namyśle, musi dostrzec, kto i za co odpowiada. Nawet jeśli przyjmiemy wersję lansowaną przez Rosjan – o naciskach na pilotów i złym przygotowaniu załogi – to chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że wizytę polskiego prezydenta należy przygotować tak, jak zrobiono to w 2010 roku, i, że on w taki sposób powinien lecieć w oficjalną podróż. Nikt zdrowy nie powie, że tak należy prowadzić śledztwo, że tak należy działać w stosunku do Rosji. Nikt nie powie, że spotkanie prezydenta Bronisława Komorowskiego i Dmitrija Miedwiediewa w Smoleńsku jest tym, czego oczekujemy.
Ja uważam, że pogodzenie się Polaków jest możliwe na gruncie prawdy, rozsądku, przywiązania do swojego kraju i wartości moralnych. Bowiem dziś, tak samo jak przed 1989 rokiem, tylko jedna strona ma rację. Spór zakończy się wtedy, gdy tym, którzy dziś się organizują w proteście, uda się przekonać większość Polaków, żeby poszła z nimi.
Rozmawiał Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

