Publicysta przypomina, że po tragedii w Newton, jak po każdym podobnym wydarzeniu, usłyszeliśmy te same argumenty z cyklu "skoro broń jest pod ręką, to łatwiej zabić". Wróblewski nie zgadza się z dominującymi w mediach opiniami nt. zbyt łatwego dostępu do broni palnej w USA.
"Można oczywiście się spierać, co było pierwsze, zakazy czy morderstwa, ale faktem jest, że największa liczba zbrodni popełnianych z bronią w ręku jest w dwóch amerykańskich miastach. Kolejno w Nowym Jorku i w Waszyngtonie. W obydwu tych miastach, rygorystyczny zakaz posiadania broni obowiązuje już od ponad pół wieku i w obydwu liczba postrzeleń pozostaje najwyższa" - pisze Tomasz Wróblewski.
Komentator podkreśla, że we wszystkich krajach, gdzie stosunkowo łatwo można uzyskać pozwolenie na broń, więcej posiadaczy broni jest w rejonach rolniczych niż miejskich, podczas gdy liczba przestępstw popełnianych z bronią, wszędzie na świecie jest relatywnie większa w miastach. "Krajem z największą liczbą broni na głowę mieszkańca jest Szwajcaria, a nie Stany Zjednoczone. W sumie Szwajcarzy posiadają trzy razy więcej pistoletów i strzelb niż Niemcy, a mimo to liczba osób zastrzelonych na głowę mieszkańca w Niemczech jest 1,5 raza większa. Inne kraje z wysoka liczbą posiadaczy broni to Nowa Zelandia i Finlandia – żadne nie kojarzy nam się z przestępczością i strefą zagrożenia. Tymczasem przepisy i monitoring posiadaczy broni nie na wiele zdały się Norwegom. Karabin pół-automatyczny, którym Brevick mordował ludzi na wyspie, znajduje się na liście broni zakazanej. Nikt teoretycznie nie mógł jej nabyć. Nikt nie może dostać takiego pozwolenia. Dla mordercy, psychopaty to żadna przeszkoda" - czytamy w tekście "Niebezpieczny zakaz posiadania broni".
Wróblewski przypomina, że Wielka Brytania jest krajem, który stosunkowo niedawno zaostrzył przepisy dotyczące posiadania broni, bo pierwsze zapisy w tej sprawie powstały dopiero w 1954 roku, a od tamtej pory legalnie posiadana broń została praktycznie wyeliminowana. Mimo to, dziś liczba zbrodni popełnionych z bronią w ręku jest 120 razy większa, niż w czasach przed wprowadzeniem regulacji. Co ciekawe, dziś liczba zbrodni popełnianych w Londynie zaczyna gonić Nowy Jork, a nie zawsze tak było. "W 1911 roku Nowy Jork zafundował sobie pierwsze bardzo rygorystyczne prawo zakazujące noszenia broni tzw. Sullivan Law. W tym samym czasie Londyn był krajem, gdzie każdy teoretycznie mógł strzelać do każdego. Dostęp do broni w żaden sposób nie był ograniczony. W tamtych latach to Nowy Jork ze swoimi prawami miał nieporównanie większą liczbę przestępstw z użyciem broni palnej. Możnaby się pokusić na absurdalny argument, że najwięcej ludzi ginie od zakazu posiadania broni" - pisze Wróblewski.
Były redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" mówi, że jego "ulubionym" argumentem jest rzekome zagrożenie bronią przechowywaną w domu dla przypadkowych domowników, a zwłaszcza dzieci, którym może wpaść w ręce źle przechowywana broń. "Tragedie bywają, ale ta liczba dalej jest mniejsza od liczby dzieci, które utonęły w wannie, popełniły samobójstwo przedawkowując lekarstwa, albo dźgnęły jedno drugie nożem. Równie dobrze można przytoczyć inne dane statystyczne, z których wynika, że osoby, które zostały napadnięte w domu i były bezbronne, nie mogły się bronić i częściej cierpiały z rąk oprawców. Pistolet, jak nóż kuchenny, sam z nie zabija. Strzelają ludzie. Często robią to w swojej porywczości, głupocie, z nienawiści, zawiedzionej miłości, bywają nie monitorowani szaleńcy, przestępcy, którzy jak niedoszły zamachowiec na Ronalda Reagana, nie powinien być przed czasem zwolniony z więzienia" - przekonuje publicysta.
Zdaniem Wróblewskiego koszmaru w Newton można było jednak uniknąć, tyle, że to nie dostęp do broni był - jego zdaniem - jedynym sprawcą. "Morderca, dwudziestolatek, jak wynika z blogu matki był chory psychicznie, wcześniej zamachnął się na nią z nożem. Groził, że wszystkich pozabija. Pytanie, dlaczego wtedy nie odizolowano go od społeczeństwa. Nie skierowano na leczenie? Na koniec rzucił się z karabinem na dzieci. Gdyby nie miał dostępu do broni pewnie montowałby w garażu bombę z nawozów sztucznych. Nie każdy problem społeczny można rozwiązać odbierając społeczeństwu jeszcze trochę praw. To trochę jak z przepisami regulującymi prawo do demonstracji. Czy hamując wybuchy frustracji na ulicy metodami policyjnymi, możemy powiedzieć, że rozwiązaliśmy problemy społeczne?" - pisze komentator "Tygodnika Lisickiego".
Cały tekst możesz przeczytać TUTAJ
AM
