Tomasz Sakiewicz dla Frondy: Kiedy 'Wyborcza' mówi językiem ONR - zdjęcie
31.07.18, 19:30Zdj. Elekes Andor, CC BY SA 4.0, Wikimedia Commons

Tomasz Sakiewicz dla Frondy: Kiedy 'Wyborcza' mówi językiem ONR

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: W miniony weekend media społecznościowe, ale i te „tradycyjne” zdominowała sprawa protestów pod Sejmem, zachowania policji oraz demonstrantów. TVP w sobotę i niedzielę często pokazywała nagranie z manifestacji, na którym widać młodego człowieka atakującego funkcjonariuszy policji i krzyczącego w ich stronę „ZOMO”. W efekcie fala „hejtu” spadła na młodego Ukraińca mieszkającego w Polsce, w którym internauci- jak się okazuje, mylnie- rozpoznali agresywnego demonstranta. Jako że pan Wiaczesław w przeszłości pokazywał się w różnych programach emitowanych w Telewizji Publicznej, część sympatyków opozycji zwietrzyła w tym prowokację przygotowaną przez TVP. Bardzo brzydkie wpisy w mediach społecznościowych pojawiły się nie tylko ze strony ludzi, którzy stawiają znak równości między narodowością ukraińską a banderyzmem, przedstawicieli skrajnej prawicy, niekiedy może też rosyjskich trolli, ale także wśród niektórych polityków Platformy Obywatelskiej

Tomasz Sakiewicz, red. naczelny Gazety Polskiej: Przede wszystkim jest to kwestia prawdy. Trzeba zacząć od tego, że każdy ma prawo się pomylić. Zapewne politycy opozycji, którzy udostępnili tę nieprawdziwą informację bardzo chcieliby zobaczyć tam kogoś powiązanego z TVP, ponieważ Telewizja Publiczna kojarzy im się z PiS-em, z obecną władzą. Pomylili się, jednak w takiej sytuacji człowiek po prostu przeprasza. Pomyłka jest tutaj czymś oczywistym. Jednak brnięcie w tę pomyłkę jedynie ośmiesza tych ludzi.

Sam, jako dziennikarz, parę razy się pomyliłem, zdarzały się nawet bardzo przykre sytuacje, kiedy ktoś mnie wprowadził w błąd. Z takich historii wychodzi się jednak w prosty sposób. Wystarczy powiedzieć: „Przepraszam, nie miałem racji, wprowadzono mnie w błąd”. W takich sytuacjach trzeba szukać wyjścia, które pozwoli nam „zachować twarz”. Tutaj natomiast „twarzy” brak, brną w to wszystko.

Niestety, jest rzeczą oczywistą, że w Polsce nie wszyscy kochają Ukraińców i ktoś mógłby to wykorzystać do zrobienia krzywdy czy to mężczyźnie z programów TVP, czy jego rodakom. To jest jednak pewien rodzaj nacjonalizmu. Budowanie strategii na tych grupach w Polsce, które nie lubią Ukraińców.

Głośno zrobiło się zwłaszcza o wpisie radnej Platformy Obywatelskiej, która obraziła nie tylko ukraińskiego statystę z TVP, ale i jego rodaków. Polityk przeprosiła, wpis usunęła, Platforma ma wyciągnąć wobec niej konsekwencje, nie przeprosił za to w żaden sposób... rzecznik PO, Jan Grabiec, który zamieścił na Twitterze grafikę sugerującą, że to właśnie pan Wiaczesław był agresywnym „demonstrantem” nasłanym przez TVP

Tu jest jeszcze drugie, głębsze dno. Z jednej strony bowiem Platforma Obywatelska chętnie oskarża Polaków o rasizm, antysemityzm, antyukraińskość czy w ogóle niechęć do innych narodów. Jednocześnie, tam, gdzie tylko może, próbuje skłócać nas z innymi narodami. Trzeba przypomnieć zachowanie znacznej części opozycji w naszym kraju wobec porozumienia Morawiecki-Netanjahu. Nie były to przecież życzliwe zachowania. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że „Gazeta Wyborcza”, będąca jednym ze sztandarowych mediów opozycji, mówiła wówczas językiem ONR-u. Tak samo w przypadku Ukraińców. Z jednej strony przedstawiciele ugrupowań opozycyjnych mówią dziś, że są otwarci na inne narody, z drugiej- polska polityka w czasach Platformy była wręcz prorosyjska i antyukraińska. Wystarczy przypomnieć chociażby słynne słowa ówczesnego szefa polskiego MSZ, Radosława Sikorskiego do przedstawicieli Majdanu: albo poprzecie porozumienie, albo będziecie martwi. To była przecież próba zastraszenia obozu niepodległościowego.

W programach publicystycznych emitowanych w miniony weekend na różnych kanałach politycy opozycji przekonywali, że skoro PiS w czasie rządów PO-PSL mówił o „prowokatorach” nasyłanych przez ówczesne władze na uroczystości czy manifestacje organizowane przez środowiska związane z PiS, najgłośniejszym przykładem był chyba Andrzej Hadacz, to dlaczego Zjednoczona Prawica, będąc obecnie przy władzy, nie miałaby stosować podobnych metod?

Platforma bardzo często widzi zagrożenia, które sama praktykowała w okresie swoich rządów. Widzi ten świat takim, jakim sama go uczyniła. Politycy tej partii mówią dzisiaj o „agresji” funkcjonariuszy zabezpieczających antyrządowe protesty, podczas gdy policja jest dziś chyba najłagodniejszą policją na świecie. Nie znam funkcjonariuszy, którzy do tego stopnia pozwoliliby się poszturchiwać i prowokować, co polscy policjanci na demonstracjach. Tymczasem Platforma oskarża ich o brutalność, w dodatku wykorzystując do tego taką postać jak pani Ewa Łętowska. Otóż pani Łętowska, będąc w czasach PRL Rzecznikiem Praw Obywatelskich, milczała, kiedy ZOMO biło moich kolegów z opozycji. Pani Rzecznik Praw Obywatelskich nie tylko nie dostrzegała, jak ZOMO tłukło ludzi na ulicach, ale milczała nawet w sytuacji, gdy były ofiary śmiertelne. PO również trochę wchodzi dziś w „buty” Łętowskiej. Mając na sumieniu takie rzeczy, jak inwigilacja dziennikarzy w czasach swoich rządów, próby aresztowania dziennikarzy. Mówię o tym z własnego doświadczenia, ponieważ zaraz po tym jak Platforma wygrała wybory, chciano aresztować mnie i moją zastępczynię. Rząd PO-PSL ma na sumieniu także rewizje w redakcjach i wiele, wiele innych rzeczy. Widzimy więc, że Platforma szuka dziś dziury w całym, mówiąc o brutalności policji, podczas gdy funkcjonariusze starali się po prostu wykonać swoją pracę, musieli też bronić się z agresywnymi demonstrantami, czyniąc to zresztą z niezwykłą delikatnością. Gdyby manifestanci spod Sejmu, uskarżający się na brutalność polskiej policji, przejechali się do Francji czy Hiszpanii, byliby zapewne wielce zadziwieni faktem, że polscy funkcjonariusze zachowują się spokojnie i łagodnie.

Czy można wyobrazić sobie, co by się działo, gdyby w Polsce doszło do podobnej sytuacji, jak niedawno we Francji? Współpracownik prezydenta Macrona, przebrany za policjanta, bił uczestników manifestacji pierwszomajowej. Francuski przywódca zwolnił mężczyznę z pracy, zresztą z innego powodu, dwa miesiące po fakcie, po prowokacji dziennikarskiej, dzięki której cała sprawa wyszła na jaw. Prezydent tłumaczył się już kilkakrotnie, przepraszał, brał winę na siebie, a jednak sprawa mówi nam nieco o policji w Europie Zachodniej

Mogę powiedzieć tylko tyle, że widziałem raz na własne oczy żandarmerię francuską w akcji. I naprawdę nie życzyłbym naszej opozycji, żeby, przy podobnym zachowaniu spotkała się z żandarmerią francuską. Nie wyszłoby to bowiem nikomu na zdrowie.

Bardzo dziękuję za rozmowę.