We wtorek rano w Strasburgu, pomimo wielu głosów sprzeciwu (m.in. ze strony organizacji kobiecych, broniących praw człowieka oraz pomagających ofiarom przemocy) pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz podpisała w imieniu Polski Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet oraz przemocy domowej. Na początku grudnia rząd wyraził zgodę na podpisanie dokumentu. Teraz potrzebna jest jeszcze ratyfikacja, aby zawierająca szkodliwe przepisy konwencja, zaczęła obowiązywać (chociaż w okresie pomiędzy podpisaniem a ratyfikacją umowy międzynarodowej państwo nie powinno podejmować działań sprzecznych z podpisaną umową, ani takich, które uniemożliwią jej ratyfikację w przyszłość).

 

Fakt podpisania przez panią Kozłowską-Rajewicz konwencji ostro skrytykowała Konferencja Episkopatu Polski. Biskupi zarzucają, że dokument wprowadza nową definicję płci jako "społecznie skonstruowane role, zachowania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn" oraz całkowicie pomija naturalne biologiczne różnice pomiędzy kobietą i mężczyzną i zakłada, że płeć można wybierać.

 

Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet, choć poświęcona istotnemu problemowi, zbudowana jest na ideologicznych i niezgodnych z prawdą założeniach, że przemoc wobec kobiet jest systemowa, a jej źródłem są religia, tradycja i kultura” - podkreślili członkowie KEP.

 

Do zastrzeżeń Epikopatu odniosła się dziś rano w rozmowie z TOK FM Kozłowska-Rajewicz, tłumacząc w kuriozalny sposób fakt, na który zwrócili uwagę biskupi – pominięcie w konwencji naturalnych różnic biologicznych. - Konwencja w ogóle o tym nie mówi. Większość dokumentów prawnych nie mówi przecież o tym, jakie są różnice biologiczne pomiędzy mężczyznami a kobietami. Tak jak nie piszemy w dokumentach, że słońce wschodzi i zachodzi. Są zjawiska oczywiste, o których się w dokumentach nie pisze. Gdybyśmy mieli zmienić zdanie w tej sprawie, tobyśmy napisali. Ale skoro napisane nie jest, to znaczy, że nasze przekonania i wiedza na ten temat nie zmieniły się – wyjaśniała dziś w TOK FM Kozłowska-Rajewicz.

 

I wcale nie chodzi o to, że o oczywistościach się nie mówi. Jasne, wiele dokumentów wcale tych różnic nie musi podkreślać, natomiast w konwecji, która traktuje stricte o tej tematyce, chyba naturalnie nie powinno takiego wątku zabraknąć. Ale zabrakło. Dlaczego? Bo twórcy przepisów zawaratych w konwencji, a za nimi pani Kozłowska-Rajewicz, stosują starą metodę, według której już od dawna funkcjonują, a raczej manipulują, media – o czym się nie mówi w telewizji (dziś dodalibyśmy jeszcze w internecie), tego nie ma w świadomości ludzi. A zatem – nie mówimy o różnicach biologicznych pomiędzy płciami, bo to te, wynikające z pełnionych społecznie ról są ważniejsze, więc jak będziemy podkreślać tylko te drugie, to o istnieniu tamtych może ludzi zapomną.

 

W konsekwencji tego już wkrótce będziemy mogli spotkać coraz więcej facetów, którzy na przykład z racji opiekowania się potomstwem (za co im oczywiście chwała!), zaczną uważać się za kobiety (albo coś w tym rodzaju). Pojawią się także hordy, przepraszam, babochłopów, którzy myślą, że skoro uprawiają męskie zawody i noszą spodnie, to swoją płeć mogą zdefiniować jako męską. Celowo przerysowuję, ale niewątpliwie skzodliwe zapisy konwencji doprpwadzą do wielu absurdów.

 

Zastrzeżenie Episkopatu budzi także zapis, nakładający na sygnatariuszy dokumentu obowiązek edukacji i promowania m.in. "niestereotypowych ról płci", a więc homoseksualizmu i transseksualizmu. „Homoseksualizm to orientacja, a role społeczne to coś zupełnie innego. Role płciowe mówią o tym, jakie mamy wobec danej płci oczekiwania. Czy kobieta może być kierowcą, układać podłogi, a mężczyzna - czy może przewijać dzieci? Ten przepis mówi o tym, żeby w szkole, w czasie edukowania młodzieży nie ograniczać jej wyobrażenia o tym, co mogą w życiu robić, żeby ich potencjał i zdolności były realizowane – tłumaczyła, kompromitując się jeszcze bardziej, Kozłowska-Rajewicz. Bo oczywistym jest, że dyktowana politpoprawnością posuniętą do granic możliwości konwencja będzie domagała się promowania homoseksualizmu. Broń Boże, uczenia dzieci – przy jednoczesnym szacunku dla osób chorych – że homoseksualizm to nie jest coś normalnego, że to choroba, którą można wyleczyć.

 

Największy paradoks w całej tej sprawie polega na tym, że rząd podjął konsultacje na temat konwencji jedynie z jedną stroną – środowiskiem feministek, na co uwagę zwróciła w rozmowie z Fronda.pl prof. Krystyna Pawłowicz. Nikt nie zapytał o zdanie pań ze środowisk katolickich (a przecież katolicy w Polsce stanowią niby 90 proc.!). Głos wielu kobiet zostaje przemilczany. Pozostaje jedynie wyrażanie sprzeciwu wobec podpisania groźnego dokumentu, co być może ustrzeże Polskę przed jego ratyfikacją.

 

Marta Brzezińska