Marta Brzezińska: Rada Ministrów uchwaliła, że podpisze konwencję o zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Co to oznacza?
Prof. Krystyna Pawłowicz: To oznacza, że rząd lekceważy swoją Konstytucję oraz głos polskiego Kościoła. Ale przede wszystkim Konstytucję, bo przecież nie wszyscy muszą być wierzący. I ja nie wiem, czy tam w rządzie ktokolwiek jest wierzący – pan Gowin, który oficjalnie pełni rolę katolika, po informacji, że rząd jednogłośnie wyraził zgodę na podpisanie konwencji, nie zareagował. Byłam tym faktem szczerze zdumiona. Słyszałam, że do konwencji ma zostać dołączone oświadczenie rządu, w ramach którego nie będzie ona stosowana tam, gdzie miałaby naruszać postanowienia zawarte w Konstytycji. Ale to nie ma żadnego znaczenia, bo zawsze będzie można tak zinterpretować zapisy, że konwencja nie będzie naruszała Konstytucji, a ponieważ obóz rządzący ma władzę, to łącznie z podległymi mu sądami właśnie on będzie interpretować przepisy.
Dlaczego przyjęcie postanowień konwencji jest niebezpieczne?
Konwencja absolutnie rozwala polską tradycję rodziny, system wartości zawarty w Konstytucji, w którym centralnym pojęciem jest rodzina, a nie związki, które są efektem jakiegoś subiektywnego odczuwania ról społecznych. Konwencja odwraca się od naturalnego, medycznego, naukowego rozumienia płci. Definiuje ją jako odczuwalne lub wykonywane role społeczne. W zależności od pełnionych ról możemy zachowywać się jak mężczyzna albo kobieta. Jeśli weźmiemy dwóch panów, z których jeden czuje się mężczyzną, a drugi kobietą, to będą oni mogli tworzyć związek małżeński. Deklarując podpisanie konwencji, rząd wyraził na to zgodę.
Na co jeszcze?
Na to, aby zewnętrzne organy, które stoją za konwencją, monitorowały przestrzeganie jej postanowień w Polsce i przypominały, że głównym źródłem zagrożenia dla kobiet jest – co zresztą możemy przeczytać w samej konwencji - Kościół i tradycyjne role, które kobiety pełnią, to znaczy role matki, wiernej żony. To jest potężne zagrożenie.
Ale przecież konwencja, jak to wynika z samej nazwy, ma chronić kobietę przed przemocą.
Konwencja wcale nie troszczy się losem kobiet. To przykrywka dla lewackich ideologii. Wydaje mi się, że obowiązujące przepisy w Polsce są wystarczające, jeśli chodzi o ochronę kobiet i nie widzę żadnego powodu, aby podpisywać jakieś dodatkowe konwencje. Jest to ukłon w stronę lewackiej części społeczeństwa. Rząd traci poparcie. Po Marszu Niepodległości okazało się, że młodzież w znacznej części radykalizuje się, więc podpisanie tej konwencji to takie puszczanie oka do tych wszystkich wynaturzonych nowinek. To bardzo zły krok, a przede wszsytkim – jak podkreślę raz jeszcze – sprzeczny z Konstytucją. Konwencję podpisano pod wpływem pani Kozłowskiej-Rajewicz oraz grupy pani Bochniarz, która nazywa się Kongresem Kobiet. Ta niewielka grupka uzurpuje sobie prawo do reprezentowania kobiet. Pan premier znalazł sobie w nich jedynego adresata swoich konsultacji. One oczywiście o to zabiegają, wbrew statystykom i wbrew Konstytucji.
Podpisanie konwencji przed Radę Ministrów nie jest jeszcze ostateczną decyzją, która wdroży jej postanowienia w Polsce.
Pan premier przepchnął konwencję, ale musi ona jeszcze przejść przez Sejm, wymaga ratyfikacji. Być może będzie tak, że konwencja nie zostanie przyjęta przez Sejm bo zmienia całkowicie polską obyczajowość, światopogląd, rolę kobiety w rodzinie. W ogóle jej godność. Jeśli teraz będziemy mogli decydować o swojej płci według roli, w jakiej dobrze się czujemy, to dotychczasowe role czułej matki zostaną uznane jako rodzaj przemocy wobec kobiety, rodzaj niewoli. Pójście z dzieckiem na Mszę i wychowywanie go w duchu wartości katolickich zostanie uznane za przemoc najstraszniejszą, którą trzeba zwalczać. To kompletna destrukcja podwalin godnościowych i wartościowych, wymierzona w polską rodzinę.
Jakie będą tego skutki?
Rząd, poprzez podpisanie konwencji przyjmuje zobowiązanie, że będzie ten system wdrażał w szkołach, że w ten sposób zostanie zorganizowana edukacja. Już widzę te podręczniki przygotowywane przez panią Szumilas, z których dzieci będą się uczyły lewackiej, genderowej ideologii, a którą – gdybyśmy zrobili badania – popiera kilka procent, albo nawet jeszcze mniej. Zwolennicy tej ideologii nawet nie byliby w stanie utworzyć partii, bo nie otrzymaliby odpowiedniego poparcia. Przecież taką frakcję chciała już stworzyć pani Gretkowska, ale co z tego wyszło?
Nie weszły do Sejmu, ale czy premier, podejmując decyzje na temat konwencji, nie sugeruje się właśnie opiniami tych pań?
Tylko ich! To też świadczy o „demokratycznym” podejściu pana premiera, który słucha głosów kilku pań, pomijając całkowicie na przykład przedstawicielki środowisk katolickich, z którymi nawet nie porozmawiał, czy lekceważąc głos Kościoła, który reprezentuje ok. 80 proc. wierzących Polaków. To ogromne nadużycie przeciwko człowiekowi. Osobiście poczułam, że zostały naruszone moja prawa obywatelskie, moje prawa człowieka, prawa kobiety. To zmuszanie mnie do przyglądania się, jak w Polsce szerzy się patologia. Panu premierowi dziwnie łatwo przychodzi wdrażanie wynaturzonych ideologii, w moim przekonaniu tylko i wyłącznie ze względów politycznych, dla socjotechniki, PR-u, zaprezentowania siebie samego jako nowoczesnego, otwartego na nowe prądy, czyli de facto na wynaturzenie. Biorąc pod uwagę ostatnie działania podejmowane na rzecz ograniczenia roli Kościoła w Polsce, forsowanie in vitro, uniemożliwianie funkcjonowania mediom katolickim, ta konwencja stanowi pewne ich zwieńczenie. Mam nadzieję, że przepadnie w Sejmie.
Rozmawiała Marta Brzezińska
