Zrozumiała i bardzo potrzebna jest w demokracji krytyka i kontrola rządzącej władzy. Wszystko musi odbywać się jednak uczciwie, szczerze i umiarkowanie. To, co wyprawia dziś "Gazeta Wyborcza", jest po prostu całkowitym zaprzeczeniem wszelkich standardów. Mamy wrażenie, że redaktorzy "GW" w poszukiwaniu wzorców zaczytują się w wydaniach "Trybuny Ludu" - i to z "najlepszych", stalinowskich czasów...

"Celem przebudowy państwa jest eliminacja wszelkich, wynikających z prawa i z mechanizmów demokracji, przeszkód w realizacji zamiarów władzy" - pisze na łamach "Wyborczej" niejaka Ewa Siedlecka. Jej zdaniem Jarosław Kaczyński kieruje się tu nauką prawników rodem z PZPR, według których "prawo jest narzędziem do realizacji woli politycznej". "Jeśli prawo sprzeciwia się tej woli - można je obejść lub zmienić" - pisze Siedlecka.

Propagandystka przekonuje też czytelniak, że suwerenem nie jest już w Polsce naród, ale PiS i kontrolowany przez partię parlament. Wreszcie stwierdza, że PiS zawłaszcza sądownictwo i umożliwia niebywałą, wielkoskalową inwigilację.

"Tak blisko realizacji państwa Wielkiego Brata nie byliśmy nigdy" - czytamy w "Wyborczej". W zasadzie zgoda. Z drobną zmianą: "Tak blisko całkowitego oszołomstwa nie byliśmy nigdy"...

wbw