Zacznę od kilku słów wyjaśnień. Wiedziałem o wywiadzie, akceptowałem go i razem go autoryzowaliśmy. Nie widziałem powodu, by wykreślać zdania, które pokazują, że – jak niemal każdy mężczyzna i niemal każda kobieta – mam wady, i nie zawsze dorastam do roli męża i ojca. Nie sądzę też, by należało wykreślać z wywiadu (który siłą rzeczy jest wycinkiem rzeczywistości) fragmenty o frustracji. Tak macierzyństwo, podobnie jak i ojcostwo bywa czasem frustrujące, rodzi zmęczenie i chęć odpoczynku. I dotyczy to także (rozumiem, że pani Agnieszka Kublik czy Anna Czerwińska nigdy takich uczuć nie doświadczyły) mojej żony, która zupełnie szczerze o tym powiedziała. Jeśli zaś zdecydowaliśmy się na rozmowę z „Gazetą Wyborczą”, to dlatego, że uznaliśmy, że warto opowiedzieć o innym życiu także jej czytelnikom, wśród których są przecież bardzo różni ludzie. A opowieść miała być o naszym – staramy się, by chrześcijańskim – życiu takim, jakie ono jest, a nie o słodkim jego obrazku. I dostaliśmy (a przede wszystkim moja cudowna żona) w ostatnich dniach wiele sygnałów o tym, że te słowa dotarły czasem w zupełnie nieoczywiste miejsca, dając pozytywne rezultaty.

A potem zaczęła się tradycyjna jazda. Feministki, typu Agnieszki Kublik czy Anny Czerwińskiej postanowiły zrobić swoje i przedstawić obraz sterroryzowanej („szczutej”, zmuszanej itp.) kobiety, która nie ma własnych poglądów, tylko myśli to, co jej mąż (potwór swoją drogą), i nawet nie ma do tego wątpliwości, tak głęboko to zinterioryzowała. A jeśli nawet ma poglądy, to przecież nie jest szczęśliwa, bo przecież nie można być szczęśliwym jak się nie siedzi w biurze i nie jest feministką... Jeszcze dalej w swoich rozważaniach zaszła Anna Czerwińska, która sugeruje, że życie mojej żony nie jest egzotyczym obrazkiem, i z przerażeniem konstatuje, że „to, co mówi Pani Terlikowska o swoim życiu, nie jest znowu w Polsce takie bardzo egzotyczne. Przecież mnóstwo kobiet tak żyje: wychowują dzieci, są tym zmęczone, negocjują z mężem kolejne dziecko, starają się jakoś dorabiać, chociaż w zasadzie nie muszą, często w ogóle nie wychodzą z domu, radzą się księdza... To nie jest "odmienny kulturowo", szokujący obrazek”. A dalej wyjaśnia, że najbardziej zszokowało ją w wywiadzie, że chcemy wychować dzieci po katolicku. „... nawiązuję tu do fragmentu wywiadu, który dla mnie był najbardziej szokujący: Państwo Terlikowscy chronią swoje dzieci przed światem i wszelkim grzechem - wysyłają do katolickiej szkoły, bo tam nie ma dzieci, których rodzice się rozwiedli, tłumaczą, co jest złego w masturbacji, homoseksualizmie, popkulturze. Chcą wychować dzieci w określonym systemie wartości” - oznajmia z przerażeniem feministka.

I być może tylko dla tych wypowiedzi warto było udzielić tego wywiadu i narazić się na ostrą krytykę (zgadzam się, że zawsze pewne rzeczy można zrobić lepiej), by usłyszeć kilka słów prawdy. Otóż dla feministek życie kobiet, które rodzą dzieci, rozmawiają o kolejnych z mężem, chcą wychować swoje dzieci w wierze katolickiej – to kompletna patologia, z którą nawet rozmawiać nie należy, która nie ma własnych poglądów, a do tego nie jest szczęśliwa, a jeśli mówi, co innego to na pewno jej się to wydaje. Wolność wyboru zatem dla owych pań nie istnieje. One nie akceptują, że ktoś może wybrać inaczej, niż one i – mimo zmęczenia, frustracji czy trudnego charakteru męża (a zapewne taki mam) – iść dalej tą drogą. Dla nich wolność oznacza, że będzie się iść ich drogą, ani na milimetr nie odstępując od wyznaczonej linii. Rozmowa z mężem (zabawne jest także to, że pani Czerwińska z przerażeniem konstatuje, że wywiad był zapewne ze mną konsultowany...), kłótnia z nim (bo tak właśnie jest kłócimy się z żoną, i nie zawsze ja mam w tych kłótniach rację czy „wygrywam”), wybór bycia z dziećmi – to herezja, za którą trzeba potępić. Jeśli nie kobietę (bo to jednak siostra), to męża, który na pewno ją do tego zmusił, bo przecież kobieta sama z siebie nie może tak myśleć.

Stąd zapewne bierze się wściekłość feministek, że okazało się, że można być kobietą, myśleć inaczej i otwarcie o tym mówić, a do tego w miejscu, które dotąd zarezerwowane było dla nich. I tylko szkoda, że same te panie tak rzekomo zatroskane o moją żonę, nie są w stanie dostrzec, że w istocie traktują one i ją i jej wybory z głęboką pogardą.

Tomasz P. Terlikowski