I być może oni są w stanie zrozumieć, co ich zacny redaktor ma na myśli. Ale ja – jako prosty chłopak z Woli, co to ledwo „retoryczną zawodówkę”, a może „liceum wieczorowe” skończył nijak tego nie rozumiem. Widzę mocną histerię wywołaną różańcem, widzę, że Michalski albo nie usłyszał, albo celowo zafałszował, co mówiłem, ale nijak nie wiem, o co w tekście chodzi. Może do tego, by zrozumieć ten tekst trzeba mieć Wyższą Szkołę Retoryki "Krytyki Politycznej"?

„Zacznijmy naszą odpowiedź Terlikowskiemu od tego, że „Palikot popełnił bez wątpienia sporo grzechów”… i w ten sposób naszą odpowiedź Terlikowskiemu zakończmy. Ten język jest dziś tak cholernie zużyty i łatwy: „grzech”, „zbawienie”, „potępienie”, koniecznie z określeniem „wieczne”, że nawet Terlikowski umie się nim posługiwać. A ponieważ wie doskonale, jak bardzo ten język w jego ustach jest pusty, nic nieznaczący, zatem posługuje się nim coraz płynniej, z coraz mniejszym oporem. Coraz mniej się bojąc, że pewnego razu, w świetle jupiterów, ten święty kiedyś, a dziś zbeszczeszczony język, stanie mu kołkiem w gardle i zamiast kogoś w imieniu Boga, z którym jest na Ty, potępiać albo zbawiać, tylko cichutko zacharczy i osunie się na podłogę telewizyjnego studia pod ciężarem cudu, którego imieniem dzisiaj tak łatwo szafuje. Albo wydarzy się coś jeszcze dziwniejszego, Terlikowski uniesie się nagle pod sufit telewizyjnego studia i stamtąd przemówi do Rymanowskiego estradowym basem Nergala” – oznajmia Michalski. A ja czytam zauroczony, że można tak sprawnie składać słowa, ale sensu w tym zdaniu nie widzę.

Myślę sobie może dalej będzie lepiej. I czytam. „Ale na razie Terlikowski Boga się nie boi, jest tysiąc razy bardziej świecki niż ja i Ty, drogi czytelniku Krytyki Politycznej. A szkło lubi bardziej niż jakiekolwiek inne sakralne substancje, można wręcz powiedzieć, że telewizyjne szkło transsubstancjalizuje mu się łatwiej, niż niejednemu wierzącemu księdzu (naprawdę są tacy) transsubstancjalizują się wino i chleb. Jednak to Terlikowski czuje się w takich chwilach kapłanem od innych prawdziwszym, kiedy namiętnie odprawia swoją telewizyjną mszę. Oczywiście jako kapłan prawdziwszy Terlikowski sam siebie zwolnił z celibatu, na co żadnemu zwykłemu, nietelewizyjnemu księdzu nigdy by nie pozwolił – także w tej sprawie wypowiadał się już wielokrotnie w tonie nieznoszącym sprzeciwu. Ma żonę, jakby był pastorem czy popem, a jest przecież samouświęconym kapłanem katolickim, nawet jeśli tylko medialnym. Ma też podobno dzieci, nie wiem na pewno, nie czytam „Vivy”, nawet w wersji „Frondy”, w ogóle życiem prywatnym kaznodziejów telewizyjnych i internetowych interesuję się bez porównania mniej niż oni moim. Jeden więc grzech Terlikowskiego tylko wymienię, ale za to poważny, jakim jest bez wątpienia żonglerka charyzmatami na wizji. Może zatem pierwszy i najżarliwszy różaniec odmówiłby nie za Palikota, ale za siebie? Modląc się prywatnie i z nasłabszą choćby nadzieją, że tym razem zostanie wysłuchany. Jeśli oczywiście tym razem naprawdę do Kogoś się zwróci” – przekonuje felietonista „Krytyki Politycznej”.

A ja nadal nie wiem, o co chodzi. Jakieś uwagi o transsubstancjalizującym się szkle, zwolnieniu od celibatu, o „samouświęconym kapłanie katolickim”. Słowem klasyczna histeria. Wywołana prostym widokiem różańca. Ciekawe... I smutne!

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »