O tym liście, o wspólnym apelu mówi się od dawna. I ja już dwa lata temu, na łamach „Rzeczpospolitej” wskazywałem na wszystkie możliwe problemy związane z tym dokumentem. Teraz zaś przyszedł czas na napisanie o tym, w jakiej sytuacji mógłby on być naprawdę przełomem, czymś, co zmieniłoby nasze relacje z Rosjanami, a przynajmniej to jak my, polscy katolicy, spoglądamy na Rosję.
Aby ten dokument mógł mieć takie znaczenie, musiałby rzeczywiście wznieść się ponad bieżącą perspektywę polityczną (i chodzi tu nie tylko o politykę Polski czy putinowskiej Rosji, ale także o mniejsze eklezjalne polityki Kościoła w Polsce i Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej) i historyczną. Tak jak wzniósł się ponad nią list biskupów polskich do biskupów niemieckich. Oni nie ważyli racji, nie próbowali ustalać wspólnej wersji historii, ale z odwagą nie tylko wybaczyli, ale też poprosili o wybaczenie. Poprosili o wybaczenie naród, który wymordował miliony Polaków, który chciał zetrzeć nas z powierzchni ziemi, którego przedstawiciele uważali nas za podludzi. Wściekłość jaką wówczas wywołali (wcale nie tylko w Gomułce i komunistach, ale także w wielu Polakach) nie dziwi. Ale to ona stała się profetycznym gestem, który otworzył drogę do uzdrowienia.
I jeśli biskupi polscy rzeczywiście chcą, aby ten apel wywołał podobne efekty, to nie zważając na stronę rosyjską i na ustalone treści, powinni odważyć się na sformułowanie podobnego, a może jeszcze mocniejszego apelu. Katyń, wieloletnia okupacja, cierpienia Polaków czy wreszcie to jak traktuje się Smoleńsk i szerzej Polskę we współczesnej putinowskiej Rosji, nie mogą być w tym przeszkodą. Różne (diametralnie) spojrzenie na historię także nie. Tu nie ma innej drogi, niż chrześcijański (sprzeczny z bieżącą polityką) radykalizm słów „prosimy o przebaczenie”. Prosimy o przebaczenie naród, którego władze odpowiadają za wielką rzeź polskiej inteligencji, które nas zniewalały przez wiele lat, które nadal lekceważą nasze interesy, który odpowiadają (sporne pozostaje już jedynie w jakim stopniu) za Smoleńsk. To wywoła skandal. Wielu ludzi (może przede wszystkim z naszej prawicowej strony) będzie krzyczało o zdradzie, o komunistycznym uwikłaniu hierachów. Innej drogi budowania pojednania, przebaczenia jednak nie ma. Nie chodzi o to, by zapomnieć, ale by po chrześcijańsku wybaczyć i zrozumieć, że „nikt nie jest bez winy”. I nie jest bez winy także nasza wspólnota narodowa.
Te słowa, jeśli cokolwiek ma się zmienić, muszą paść wbrew świadomości, że będą one wykorzystywane w propagandzie putinowskiej, że podejmą je rozmaici odbrązawiacze naszej polskiej historii. Tak będzie, ale nie ma to w istocie znaczenia. Chrześcijańska odwaga, chrześcijański profetyzm, ale też moc chrześcijaństwa polega na tym, że potrafimy czasem powiedzieć słowa, które – czysto po ludzku – paść nie powinny, które są sprzeczne z bieżącymi interesami. I tylko takie słowa mają moc zmiany rzeczywistości, tylko takie mogą uzdrowić. Uzdrowić przede wszystkim tego, który je wypowiada, bo o to też chodzi w przebaczeniu.
Nie wiem, czy takie słowa w liście padną. Powracające wyjaśnienia, zastrzeżenia także po naszej stronie, budzą obawy, że będzie to kolejny dokument, który niczego nie zmieni, za to zostanie wykorzystany w propagandzie. Nie widzę teraz biskupów na miarę tamtych z lat 60. Ale chciałbym się mylić, także dlatego, że mój świętej pamięci dziadek, prosty człowiek, który spędził cztery lata w łagrach zawsze powtarzał, że zesłali go Sowieci, ale przeżył dzięki Rosjanom. Pamięć o nim każe mi pragnąć, szczerze i prawdziwie, pojednania z narodem rosyjskim. Ponad głowami polityków, dzięki chrześcijańskiej odwadze profetyzmu.

