Oczywiście Maziarski nie zrobił tego wprost. On tylko wziął w obronę ks. Adama Bonieckiego (coraz bardziej współczuje temu ostatniemu takich obrońców), i stwierdził, że jest on bardziej obywatelem niż księdzem. A przy okazji przypomniał, że prawo państwowe zdaniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka stoi nad prawem kościelnym.

 

Chodzi o słynną sprawę, w której niemiecki kierownik chóru żył na kocią łapę z kobietą, dla której porzucił swoją żonę. Sąd uznał, że „nikt nie może być wyrzucony z pracy za cudzołóstwo, nawet z pracy w Kościele. A to dlatego, że prawo państwowe stoi ponad prawem kościelnym”. I oczywiście Maziarski bardzo się z tego cieszy, bowiem dzięki temu może oznajmić, że zakon nie ma prawa zakazać księdzu wypowiadać się, i że ksiądz, który się takich decyzji słucha jest „jak żona alkoholika”.

 

Spieszę tylko donieść Wojciechowi Maziarskiemu, że idąc dalej tym tropem, trzeba natychmiast odwołać decyzje w sprawie abp Juliusza Paetza, bowiem seks homoseksualny nie tylko nie jest przestępstwem w myśl prawa świeckiego, ale wręcz ostatnio stał się powodem do chwały. Nie ma również podstaw, by karać niewielką część amerykańskich księży, których złapano na seksie określanym mianem pedofilskiego, który był w rzeczywistości zwyczajnym homoseksualizmem, bo przecież trybunał uznał, że prawo państwowe jest wyżej niż prawo kościelne. A skoro tak, to hulaj dusza, piekła nie ma... Maziarski wszystko zatwierdzi, a jeśli może dokopać księżom, to nawet pedofilów i przestępców seksualnych pobłogosławi.

 

Tomasz P. Terlikowski