Zwieńczeniem rozpoczętej właśnie pięknej współpracy posłów SLD i Ruchu Palikota powinien być akt symboliczny. Panowie B. i K. powinni zawrzeć uroczysty związek partnerski, który pobłogosławiłby przyszły kapelan sejmowy (w imię postępu i rozdziału Kościoła od państwa trzeba przecież powołać przynajmniej czterdziestu kapelanów, tak by każdy z posłów Palikota miał swojego) o. Szymon Niemiec (lub – jako, że wiadomo, że Robert i Szymon niespecjalnie się lubią, jego młodszy kolega o nazwisku Tłoczek). Później media trzeba by zaprosić na imprezkę i relację z nocy poślubnej (precz z seksualnymi tabu i zacofanym wstydem). A na koniec obaj panowie powinni pokazać, że ich związek, jak każdy związek partii lewicy może być płodny – zgłosić się zatem powinni do kliniki zapłodnienia in vitro, która sprawiłaby obu panom jakieś bobaska. Wszystko na żywo transmitowałyby kamery.

 

Ten plan zawiera oczywiście kilka minusów. Pan B. ma na przykład chłopaka, a pan K. woli panie. Ale rozumiem, że człowiek prawdziwie nowoczesny, otwarty, lewicowy nie jest przywiązany do takich przeżytków przeszłości jak monogamia (to w sumie skandal, że Ruch Palikota jeszcze nie złożył w Sejmie projektu legalizacji w Polsce poligamii) czy przywiązanie do własnej skłonności seksualnej. Prawdziwy lewicowiec wie przecież, że ostatecznie odrzucenie aktów homoseksualnych, to w istocie homofobia, której w szeregach obozu postępu tolerować nie wolno. Tak więc w istocie minusów nie ma. No, chyba, że obaj panowie nie są wcale tak nowocześni, jak zapewniają, a ich otwartość jest pozorna. Ale przecież nikt chyba nie wątpi w szczerość Ryszarda, Roberta czy Janusza. Oni przecież szczerze wierzą w miłość, a nie tylko uskuteczniają medialny show. A w ich intencje zwątpić może tylko katolicki beton.

 

Tomasz P. Terlikowski