Te pytania nie są czysto teoretyczne. Zastanawiają się nad nimi nie tylko bioetycy, ale także sędziowie i urzędnicy, którzy muszą rozstrzygać tego typu problemy. Dodatkowej pikanterii dodają tym sprawom problemy związane z „rodzicielstwem” osób homoseksualnych i tworzenia przez nie skomplikowanych tworów pseudorodzinnych czy prawnych. Wszystko to razem oznacza pokazuje, jak in vitro czy przyznanie praw małżeńskich osobom homoseksualnym niszczy rodzinę, małżeństwo i życie społeczne, a także normalne relacje międzyludzkie.

Szaleństwo bez metody

Kilka tygodni temu w Niemczech zapadła decyzja, że klinika in vitro musi ujawnić dane dotyczące dawcy spermy (czyli biologicznego ojca) dziewczynie, która chce poznać swoje pochodzenie, część swojego biologicznego dziedzictwa. Prawo do wiedzy o pochodzeniu jest przecież jednym z fundamentalnych praw człowieka, której dzieci poczęte w procedurze heterogenicznego in vitro są pozbawione. Niemiecki sąd uznał, że jest to sprzeczne z prawem i nakazał klinice ujawnienie danych. Dziecko ma bowiem prawo do wiedzy, kto był jego ojcem.

Ale to nie wszystko. Wiedza to jedno, poznanie swojego dziecka drugie, ale jest jeszcze trzecia możliwość, czyli przypisanie dawcy spermy odpowiedzialności ojca i nałożenie na niego związanych z tym obowiązków. Taka sprawa toczy się obecnie w Stanach Zjednoczonych. To tam 45-letni obecnie William Marotta został obciążony alimentami na dziecko, którego nigdy nie widział, ale które jest jego genetycznym potomkiem. Sprawa rozpoczęła się w 2009 roku, gdy mężczyzna odpowiedział na ogłoszenie dwóch lesbijek, które chciały sprawić sobie dziecko. On wysłał więc im kilka kubeczków swojego nasienia, podpisał zobowiązanie do zrzeczenia się wszystkich praw rodzicielskich i uznał, że sprawa jest zakończona. Ale tak się nie stało. Kobiety bowiem rozstały się, a ta z nich, która zajęła się wychowaniem dziecka popadła w ubóstwo i zgłosiła się do stanu Kansas z prośbą o pomoc społeczną. Urzędnicy zaś zadali proste i oczywiste pytanie, o to, kto jest ojcem dziecka. A gdy ustalili, że – według dokumentów jest nim Marotta – uznali, że powinien on partycypować w wychowaniu dziecka.

W Wielkiej Brytanii zapadła jeszcze inna decyzja. Tam dwóch homoseksualistów, którzy są ojcami trójki dzieci wychowywanych w parach lesbijskich otrzymało prawo do czynnego uczestnictwa w wychowaniu swoich dzieci i tworzenia wraz z panami swoistej rodziny. Holandia już rozpoczęła przygotowania do wprowadzenia ustawy regulującej stosunek do dziecka (dzieci) kilku osób. A wszystko właśnie w imię uregulowania takich, jak powyższa sytuacji, rzekomo dla dobra dzieci. I nikomu nie przyjdzie do głowy, że w imię dobra dzieci należy takich eksperymentów zakazać, i doprowadzić do sytuacji, w której pochodzenie dziecka będzie jasne. Ojcem będzie ten, od którego ono pochodzi, a matką ta, która poczęła i urodziła...

Zniszczone rodzicielstwo

Nic niestety nie wskazuje na to, by tak się miało stać. Jak na razie prawnicy zamiast wskazać proste i oczywiste rozwiązanie, jakim jest zakaz (przynajmniej) heterogenicznego zapłodnienia in vitro czy odmowę takich procedur w odniesieniu do osób samotnych czy pozostających w związkach homoseksualnych zajmują się rozmontowywaniem najstarszej instytucji społecznej, jaką jest małżeństwo. Zdaniem cytowanego przez BBC Charles Kindregan, specjalisty od prawa rodzinnego w Suffolk University w Bostonie, sprawa Marotta pokazuje, że „prawo jest przestarzałe” nie uwzględnia bowiem wszystkich możliwych sytuacji, i traktuje zapłodnienie in vitro jako metodę dla niepłodnych par małżeńskich. A przecież już teraz samotne matki stanowią 49 procent wszystkich korzystających z zapłodnienia nasieniem dawcy. Dzieci zaś będą chciały wiedzy o swoim pochodzeniu nie tylko w ich przypadku (choć tu poszukiwanie ojca jest czymś całkowicie naturalnym), ale także gdy będą miały ojca społecznego i dowiedzą się, że nie jest on ich ojcem biologicznym.

I nie są to tylko obawy katolickich przeciwników zapłodnienia pozaustrojowego, ale rzeczywistość, z którą już teraz spotykają się prawnicy czy psychologowie. W Stanach Zjednoczonych powstała ogromna internetowa grupa wsparcia dla dzieci z heterogenicznego in vitro, które cierpią z powodu nieznajomości swojego pochodzenia. „Jestem człowiekiem, a mimo to zostałem poczęty techniką, która ma swoje korzenie w hodowli zwierząt. Najgorsze jest to, że rolnicy bardziej troszczą się o pochodzenie swojego bydła, niż kliniki in vitro o pochodzenie ludzi naszej epoki. Dziwnie się też czuję z tym, że moje geny pochodzą od dwójki osób, które nigdy się nie kochały, nigdy nie tańczyły razem, nigdy się nie spotkały” – napisał jeden z forumowiczów. A inny uzupełniał: „Kiedy miałem 21 lat, odkryłem że moim biologicznym ojcem była próbówka z zamrożoną spermą i etykietką „C11”. To był potężny szok. Przez całe, kończące się dzieciństwo, cementowały się więzi z moim tatą. Nie mogłem myśleć o nim, jako o kimś, kto nie jest moim ojcem (i wciąż nie mogę), a jednocześnie wiedziałem, że jesteśmy sobie genetycznie obcy. Moja tożsamość została rozdzielona, jej aspekty biologiczny i społeczny zostały przecięte. W miejscu, gdzie otrzymałem moje genowe dziedzictwo, ujrzałem naczyńko nasienia w jakimś chłodnym magazynie. Opłakiwałem tę ludzką twarz ukrytą za próbówką, której nie poznałem, i może nigdy nie poznam. To trochę, jakby matka opłakiwała dziecko, którego nigdy nie mogła mieć”.

Dekonstrukcja małżeństwa

Cierpienie dziecka poczętego tą metodą jest jednak tylko jednym z wielu problemów. Przynajmniej równie istotne – w szerszej już nie jednostkowej dziedzinie – są skutki społeczne takich zabiegów. Oddzielenie prokreacji od małżeństwa i miłości prowadzi do redefinicji ojcostwa i macierzyństwa, wierności i niewierności małżeńskiej, a także pokrewieństwa. To właśnie na to największą uwagę zwracają myśliciele żydowscy, którzy rozpatrują tę technikę właśnie z perspektywy społecznej trwałości i jedności małżeństwa. Leon Kass, amerykański biolog, lekarz i filozof idzie w analizie szkodliwości społecznej zezwolenia na tego typu techniki jeszcze dalej, wskazując, że jej akceptacja może doprowadzić wręcz do transformacji, a być może nawet zaniku normalnej rodziny. „Zniesienie rodziny i więzów pokrewieństwa (czy choćby ich mocna redefinicja – dopisek mój) oznacza faktycznie rozerwanie głównego kulturowego passa transmisyjnego pomiędzy przeszłością a przyszłością” – relacjonuje poglądy Kassa Szawarski.

I już w tej chwili obserwujemy skutki takiego działania. Prawodawcy zmuszeni są do zmieniania definicji macierzyństwa i ojcostwa, tak by obejmowało ono wszystkie możliwe sytuacje. Sądy zaś muszą zmagać się z problemami tego, kto jest matką dziecka poczętego z kupionej komórki jajowej (matka genetyczna), noszonej przez surogatkę i kupionej sobie przez matkę społeczną. Nie brak także decyzji, w której biologicznym ojcem dziecka ma być jego społeczny dziadek (zgodę na takie in vitro wydali już choćby Holendrzy). Decyzje te mocno naruszają tradycyjne rozumienie rodziny i niszczą ją od wewnątrz. Ujmując rzecz zupełnie wprost trudno zatem mówić o umacnianiu rodziny przez procedury in vitro. A może trzeba powiedzieć nawet mocniej: procedury te – niezależnie od osobistych historii – przyczyniają się raczej do głębokiej destrukcji konkretnych rodzin, a także przyjaznego środowiska dla życia rodzinnego w ogóle.

Zmianie w takiej sytuacji ulega także pokrewieństwo. Dzieci poczęte metodą heterogenicznego zapłodnienia in vitro, jeśli pochodzą z tego samego regionu i zostały poczęte w tej samej klinice zawsze będą miały problem z zawarciem ze sobą małżeństwa. Jeśli bowiem dane ojca zostały utajnione, to nie mogą mieć one pewności, że nie są przyrodnim rodzeństwem. Wszystko to całkowicie destruuje pojęcie rodziny i normalnych relacji z tym związanych.

Tertium non datur: albo rodzina albo in vitro

Ten z konieczności krótki opis problemów prawnych i moralnych związanych z zapłodnieniem heterogenicznym nie pozostawia większych wątpliwości, że prawodawcy i politycy stają przed dość prostym wyborem. Z jednej strony jest spoistość jedynej instytucji, która jest w stanie godnie wychować i przygotować do działania człowieka, z drugiej prawo, które nie istnieje (bowiem nikt z nas nie ma prawa do posiadania dziecka). Trzeba zatem wybrać albo decydujemy się na trwanie małżeństwa i rodziny, a co za tym idzie także relacji ojcostwa, macierzyństwa czy pokrewieństwa w jego dotychczasowym kształcie (a nie ma innego alternatywnego modelu tych relacji, niż oparcie ich na więziach biologicznych lub przynajmniej wobec nich analogicznych) albo wybieramy związaną z in vitro całkowitą destrukcję tych relacji w imię rzekomego szczęścia jednostek. Szczęścia, które nie liczy się nie tylko z życiem dzieci, ale też z ich fundamentalnymi prawami. I wreszcie głęboko lekceważy przyszłość społeczeństwa. Trzeciego wyjścia nie ma. Zgoda na zapłodnienie in vitro (szczególnie dotyczy to heterogenicznego) oznacza bowiem otwarcie prawnej, ale i moralnej puszki Pandory, która nieuchronnie prowadzi do destrukcji małżeństwa i rodziny. Zwolennicy in vitro powinni mieć tego świadomość.

Tomasz P. Terlikowski