Jezus Chrystus bowiem nie przyszedł do tych, którzy się dobrze mają, ale do grzeszników, nie do zdrowych, ale do chorych. Istotą chrześcijaństwa, pierwszym krokiem na trudnej drodze do Boga jest uświadomienie sobie, że jestem grzesznikiem, który potrzebuje łaski przebaczenia, przygarnięcia przez Boga. To, że nie zabijam czy nie kradnę nie ma znaczenia, bowiem codziennie upadam, odstępuje od prawa Bożego, od prawa miłości, na setki sposobów okazuje niewierność Bogu, swojemu powołaniu, zadaniom, jakie przede mną stoją. I sam, to jest chyba w tym najważniejsze, nie mogę się z nich podnieść, nie mogę stać się sprawiedliwym w swoich oczach, ani tym bardziej w oczach Boga.

 

I z tej głębokości grzechu, upadku, niewierności wołam do Boga, wyciągam do Niego ręce, błagam o zmiłowanie się nade mną, o podtrzymanie. Doświadczam, że sam nic nie mogę, że jestem jak dziecko, które pozbawione ręki rodziców upada i nie jest w stanie zrobić ani kroku, a także odkrywam, że mimo grzechu, upadku, mimo zła, którego czasem nie chcę, a mimo to czynię, jestem ukochanym dzieckiem Boga, że On jest moim Ojcem. Nie staję się przez to doskonały, bo nie ma takiego, kto nie grzeszy, ale powoli wyzwalam się ze swoich zniewoleń, uwikłań, zła. I wciąż na nowo upadam, ale gdy pokładam nadzieję już nie w sobie, a w łasce Bożej to upadki te przestają mieć takie znaczenie. Widzę je, ale wstaję, bo wiem, że nie jestem sam, i że On – kochający mnie do szaleństwa – będzie obok mnie nawet w błocie, aby pomagać w powstaniu. Wiara w tą wspierającą obecność, wiara w niczym niezastąpioną Miłość, zaufanie dziecka jest istotą wiary. Moralność jest wobec niej wtórna, a świętość nie jest moralizmem, suchym podporządkowaniem się prawu, ale doświadczeniem przemieniającej miłości, której nie chcemy zawieść.

 

Polemika z tym doświadczeniem na poziomie przekonania, że ateista też jest człowiekiem moralnym nie dotyka zaś istoty doświadczenia. Oczywiście, że tak może być. Wielu ateistów było i jest uczciwymi, mądrymi i szczerze walczącymi ludźmi. Problem polega na tym, że to nie moralność jest istotą wiary, ale Spotkanie, oddanie się, zawierzenie. Gdy spotkam Jezusa, doświadczę obecności kochającego Boga moralność przemienia się z suchego systemu zakazów i nakazów w doświadczenie oddania swojego życia, ciała Jedynemu Bogu, i uświadomienie sobie, że mamy być doskonali jak On jest doskonały. Miarą moralności jest być doskonałym jak Ojciec. A że nie jesteśmy w stanie tacy być, że im dalej idziemy tym mocniej przekonujemy się, że to dla nas po ludzku niemożliwe, to jedyne, co nam zostaje to zaufanie, szaleńczy skok w ramiona Ojca, który objawił nam Prawdę o sobie w Jezusie Chrystusie, który oddał za nas życie.

 

I to właśnie to odkrycie sprawia, że nie możemy pozostać obojętni na los ateistów. Ich wiara, że możemy dać im spokój jest fikcją. Doświadczenie spotkania z Bogiem, odkrycie radości z Jego Miłości i spokoju płynącego z bycia z Nim, jest czymś, co w naturalny sposób chcemy i musimy głosić. Nie z niechęci do ateistów, ale z miłości do nich, z chęci, by i oni wyszli z szafy materializmu i ostatecznego braku sensu rzeczywistości, by doświadczyli, że świat jest większy, mocniejszy, bardziej sensowny, niż sami oni (i my też) możemy przeczuwać. Chrześcijaństwo dające spokój ateistom, pozostawiające ich samym sobie, obojętne, przestałoby być chrześcijaństwem...

 

Tomasz P. Terlikowski