Ta historia miała się wydarzyć na mszy wielkanocnej w parafii w Kiełczu koło Nowej Soli. To w niej uczestniczyła rodzina z niepełnosprawnym, upośledzonym dzieckiem. Chłopiec gaworzył, a ksiądz zaczął go najpierw przekrzykiwać, a później stwierdził: „Gdyby matka tego dziecka była mądra, wyszłaby z kościoła”. Kobieta opuściła świątynię. A jej mąż skamieniał. I trudno się im dziwić. Tak jak trudno ocenić całą tą sytuację inaczej niż ostro. Ocena zaś może być tylko jedna: księdza, który w ten sposób się zachował niewątpliwie Bóg opuścił. A zmartwychwstały Jezus pozostał z niepełnosprawnym dzieckiem z Kiełcza.

I piszę to, choć potrafię zrozumieć troskę o liturgię, i o innych uczestników liturgii. Wszystko to są rzeczy ważne, ale w tak małej parafii, ksiądz znał wiernych i wiedział, że dziecko jest niepełnosprawne. W takim dziecku, i to również powinien on wiedzieć, Bóg jest obecny szczególnie. Jest ono uobecnionym Chrystusem, kimś najmniejszym, najsłabszym, kogo trzeba szczególnie chronić. Wyrzucenie go ze świątyni, i to nawet z gorliwości, jest wyrzuceniem z tej świątyni Jezusa. Tak właśnie Jezusa. On płakał wraz z rodzicami. On cierpiał w wyrzuconym dziecku. A ksiądz, jeśli jest prawdą to, co napisano, zachował się jak Judasz. Może z gorliwości, co wcale nie zmienia faktu, że w ten sposób zdradził Jezusa. Tego ukrytego w najsłabszym i najbardziej wykluczonym wiernym swojej parafii.

Ale na tym ta historia nie powinna się skończyć. Ksiądz Jacek, jeśli wierzy Jezusowi, jeśli wierzy w Jezusa, powinien zwyczajnie i po prostu przeprosić, i to zarówno prywatnie, jak i publicznie, rodziców Wojtka i jego samego. Z pokorą i w pełni świadomości swojej winy. A jako pokutę, biskup jego diecezji, mógłby go skierować do pracy do ośrodka dla osób niepełnosprawnych czy upośledzonych, tak żeby kapłan ów nauczył się dostrzegać Jezusa w najsłabszych. Wierzę, że nawet krótki pobyt w takim miejscu wiele, by tego kapłana nauczył. I pomógł mu dostrzec, że stosunek do najsłabszych jest miarą człowieczeństwa i kapłaństwa. Mam nadzieję, że tak właśnie skończy się ta historia.

Tomasz P. Terlikowski