„Poczułam, jakby ktoś mi coś zabrał, trochę jakby mnie odcięto powyżej korzeni, dziwne uczucie, choć absurdalnie spowodowane moją własną decyzją. Może tak mocno to odczułam, bo jestem osobą o silnym charakterze, świadomą i wykształconą, i teraz myślę, że w tamtym momencie całkowicie uległam wpływowi tradycji i obyczajów. Dochodzę do wniosku, że zwyczaj, który odbiera nam część siebie, nie może być dobry” – opisuje swoje emocje czytelniczka „Wysokich Obcasów”, która zdecydowała się po ślubie przyjąć nazwisko męża. W swoim liście przestrzega młode kobiety przygotowujące się do małżeństwa, by dokładnie tę decyzję przemyślały i by nie odcinały się od własnych korzeni, od „Własnej Marki” , „z którą się wyrastało, dojrzewało, która była inspiracją do przezwisk i budowała naszą osobę i jej rozpoznawalność”.
<<< KONIECZNIE PRZECZYTAJ - MROCZNY I BAJECZNY ŚWIAT ALDOUSA HUXLEYA>>>
W zmianie nazwiska nie widzę nic złego, ani tym bardziej nic patriarchalnego. Przecież nie ma obowiązku przyjmowania nazwiska męża, małżonkowie mogą nosić nazwisko żony (czy będzie to wtedy matriarchat?), mogą swoje nazwiska połączyć i oboje nosić podwójne, kobieta do swojego może dodać nazwisko męża. Kombinacji jest naprawdę sporo. I naprawdę jest w tym obszarze wolność. Przyjęcie wspólnego nazwiska, tak jak założenie obrączki, to czytelny znak, że oto powstała nowa rodzina, że teraz budujemy ją razem – żeby użyć języka marketingu – pod „Nową Wspólną Marką”. Nie oznacza to bynajmniej odcięcia korzeni, wyrzeknięcia się swoich źródeł, swojej historii czy tradycji. Wręcz przeciwnie, wejście w nową rodzinę, jej historię, doświadczenie może być budującym i inspirującym doświadczeniem. Zmiana nazwiska niczego nie ujmuje, nie jest to powód do żadnego wstydu. Nie odbiera kobiecie nic z jej tożsamości. Nie wiem, jakie Autorka listu ma doświadczenia, czy jest w swoim małżeństwie szczęśliwa, ale sprawia wrażenie, jakoby nazwisko męża bardzo jej ciążyło. Było dla niej stygmatem. Stąd tak emocjonalne rozpamiętywanie momentu, w którym przed urzędnikiem USC zadeklarowała chęć przyjęcia po ślubie nazwiska męża.
Zmiana nazwiska, tak jak i stanu cywilnego rozpoczyna pewien wspólny etap. Jeśli więc małżeństwo to wyłącznie kontrakt, umowa na świadczenie sobie pewnych usług, która jest czasowa i podlega rozwiązaniu, jeśli któraś ze stron nie dotrzyma umowy, wówczas zmiana nazwiska wydaje się zupełnie zbędna. Skoro pani X i pan Y zakładają, że się w niedalekiej przyszłości i tak się rozstaną (przecież wszystkie małżeństwa się rozpadają), to po co zmieniać nazwisko. Potem tylko kłopot, jak trzeba wrócić do panieńskiego. Jeśli natomiast małżeństwo do dla nas przymierze, które jest nierozerwalne i trwa aż do śmierci, wtedy wspólne nazwisko pieczętuje niejako to przymierze. Jest znakiem jedności małżeńskiej i czytelnym znakiem dla świata, że jest to rodzina, wspólnota, nakierowana na drugą osobę, a nie wyłącznie na uzyskiwanie własnych korzyści. To w końcu dowód ogromnego zaufania, którym obdarzają się obie strony, znak małżeńskiej jedności. Ogromna wartość, o którą oboje winni się troszczyć, by jej nie splamić.
Małgorzata Terlikowska
