Edukacja, profilaktyka i diagnostyka to filary Narodowego Programu Prokreacyjnego, nad którym pracuje resort zdrowia. Ma on zastąpić rządowy program refundacji in vitro. Program, który wiele osób wykluczał i dyskryminował, choćby z powodów światopoglądowych czy wyznawanych zasad moralnych. Biorąc pod uwagę mnogość zastrzeżeń natury etycznej, a także dość niską skuteczność, można podejrzewać, że publiczne pieniądze akurat w tym przypadku nie zostały najlepiej wydane.

Ministerstwo zdrowia pod rządami ministra Radziwiłła postanowiło ten stan rzeczy zmienić. I słusznie. Od początku swojego urzędowania minister Radziwiłł opowiadał się za programem prokreacyjnym, który akcent kładł będzie przede wszystkim na diagnostykę. Dokładną i skuteczną diagnostykę. Dlatego też w przypadku leczenia niepłodności znacznie bliższe jest mu podejście prezentowane przez lekarzy ze szkoły prof. Hilgersa niż właścicieli klinik in vitro. Ten amerykański ginekolog, chirurg i twórca naprotechnologii, nowoczesnej gałęzi medycyny, nie ma złudzeń. Potrzebny jest system, który w sposób całościowy, z poszanowaniem ludzkiej godności pomagałby ludziom borykającym się z niepłodnością. Bo niepłodność, choć dotyka coraz większej liczby par, jako taka nie jest chorobą. Niepłodność to pewien objaw, wywołany rozmaitymi czynnikami. Czasem to zaburzenia hormonalne, endometrioza, zespół policystycznych jajników, czasem słaba jakość nasienia. Tych przyczyn jest znacznie, znacznie więcej. Dlatego, żeby móc zbadać, co leży u podstaw niepłodności konkretnej pary, w jaki sposób ją leczyć, by w sposób naturalny mogła doczekać się dziecka, potrzebna jest sensowna diagnostyka. I liczę, że znajdą się pieniądze, by ją skutecznie prowadzić.

Ministerstwo zdrowia ma przeznaczyć kilkadziesiąt milionów złotych na rozwój klinik referencyjnych. Pierwsza ma być w Łodzi. Kliniki te – jak zapowiada wiceminister Pinkas – będą stosowały uznane na świecie metody diagnostyczne i terapeutyczne: „Stworzymy poradnie andrologiczne, lekarze będą mieli odpowiednie narzędzia, dostęp do odpowiednich leków, ale także do dobrej, mądrej porady, jeżeli będzie potrzeba to pacjenci będą hospitalizowani w ośrodkach referencyjnych, gdzie zastosowana zostanie pełna diagnostyka i oczywiście odpowiednia terapia”.

Kolejna ważna sprawa, którą zakłada Narodowy Program Prokreacyjny, to edukacja i profilaktyka. Ale nie edukacja seksualna promowana przez lewicowe i liberalne stowarzyszenia. To edukacja nastawiona na prawdziwą troskę o płodność. „To powinna być wiedza, co zrobić, żeby nie mieć problemu z płodnością, w dużej mierze powinno to dotyczyć mężczyzn, którzy mają z tym problem. Chodzi o fatalny styl życia, ubierania się, choćby w obcisłą bieliznę, nieprzestrzeganie pewnych racjonalnych zasad dbania o siebie” – przekonuje wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas. Resort zapowiada kampanię edukacyjną, materiały dla szkół, studentów czy spoty reklamowe. I to już niebawem. Troska o płodność to także zadanie dla kobiet i to od początku okresu dojrzewania. Troska ta przejawia się choćby w znajomości własnego ciała, własnego cyklu. To wiedza o tym, jakie skutki może nieść ze sobą na przykład wielokrotna zmiana partnerów seksualnych. Troska o własną płodność to także świadomość, jak działają preparaty antykoncepcyjne i jakie skutki dla naszej płodności może mieć ich długotrwałe przyjmowanie. I nie chodzi tu tylko o problemy z zajściem w ciążę, ale choćby o poronienia. To także świadomość, kiedy płodność jest największa. I kiedy w życiu kobiety jest czas na rodzenie dzieci.

Kompleksowy program prokreacyjny to przede wszystkim wyraz troski państwa i jego urzędników o swoich obywateli i o ich zdrowie. Stąd tak duży akcent położony został na profilaktykę. A także na ludzkie, a nie weterynaryjne podejście do płodności, które – mam wielką nadzieję – przełoży się na znacznie większą liczbę dzieci poczętych dzięki środkom przeznaczonym na ten cel. Cel niezmiernie ważny, jakim jest walka z problemem niepłodności.

Małgorzata Terlikowska