To smutne, że doroczna rocznica Tragedii Górnośląskiej jest wykorzystywania do podgrzewania politycznych antagonizmów.
Przełom stycznia i lutego na Śląsku to już tradycyjne upamiętnianie Tragedii Górnośląskiej 1945-1949 r. okresu, gdy Armia Czerwona wkroczyła na Śląsk, a mieszkańcy regionu byli represjonowani, zarówno przez wyzwolicieli, jak i ówczesną komunistyczną władzę.
Według IPN represje mogły dotknąć nawet 30 tys. ludzi. Wielu deportowano do ZSRR. Przed deportacjami gromadzono zatrzymanych w prowizorycznych obozach jenieckich, jako nazistowskich kolaborantów. Działania miały charakter odwetowy. Zarówno czerwonoarmiści jak i później komuniści nie szczędzili tych co nosili mundury, a także postronnych, mówiących po niemiecku lub gwarą. W ten sposób ucierpiało wiele niewinnych osób.
Dziś mówi się o tym głośno. Upamiętniane są wywózki na Syberię, Zagłębia Donieckiego czy Kazachstanu. Najgłośniejsze masakry przypominają grupy rekonstrukcyjne. Przypomina się także funkcjonowanie obozów dla represjonowanych, będących pod bezpośrednim zarządem NKWD lub rodzimych komunistów. Tragedia Górnośląska powinna być upamiętniana solidarnie przez Polaków i Ślązaków, niezależnie od wyznawanych poglądów.
Niestety coraz częściej ów osobisty dramat wielu rodzin, o którym chciałoby się zapomnieć, wykorzystywany jest do celów politycznych, jako narzędzie antagonizujące Śląsk z patriotyczną prawicą. Niepotrzebnie, choć to zrozumiałe, bo sympatie polityczne Ślązaków bliższe są Platformie Obywatelskiej.
W tym roku ma to szczególny wydźwięk, gdy przez niemieckie media przelała się fala dezinformacji o „polskich” obozach koncentracyjnych. Pojawiła się też informacja, że zakłamywanie historii było celową operacją powojennego niemieckiego wywiadu. Zbiegło się to z kontrowersyjną publikacją pt. „Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne” Marka Łuszczyny, reklamowaną przez „Newsweek”. Trudno więc nie łączyć powyższych faktów.
Niefortunny zbieg okoliczności, albo celowy zabieg, pozwalałby łączyć obie kwestie, jakoby niesieni duchem nacjonalizmu Polacy, prowadzili analogiczną działalność do hitlerowców i zwrócili swoją agresję przeciw rdzennym mieszkańcom Śląska. Najwyraźniej takiej interpretacji historii chcieliby niektórzy śląscy autonomiści. Bliższa prawdy jest jednak opinia o radzieckich korzeniach obozów dla represjonowanych.
Przypisywanie zbiorowej odpowiedzialności Polakom przez autonomistów jest nieuczciwe. Moja rodzina, jak wiele innych, znalazła się na Śląsku także dzięki komunistom, gdy wygnano nas ze Lwowa. Nikt z mojej rodziny nie kolaborował z komunistami, przymusowe przesiedlenie było tak samo cierpieniem. Dlatego jako Polak nie czuję się winny funkcjonowania stworzonych przez komunistów obozów. Solidaryzuje się ze Ślązakami, modlę się za ofiary i ich prześladowców.
Nie podoba mi się natomiast nachalność z jaką autonomiści wzywają do uznania powojennych za „polskie”, jak i złość z jaką traktują wszelkich oponentów, wrzucając ich do jednego worka skrajnego polskiego nacjonalizmu. Przypomina to prowadzoną od lat retorykę „Gazety Wyborczej” wobec prawicy. Skupianie się na etnicznych konfliktach, a nie szukaniu zgody i pojednania, wyraźnie pokazuje, że kwestie nowoczesnej organizacji państwa, dobrobytu czy rzeczywistej autonomii regionu są mniej ważne dla liderów organizacji od kalkulacji czysto politycznych.
W tym kontekście bardzo dobry jest ruch IPN dotyczący ujawnienia danych osobowych pracowników KL Auschwitz. Pewnie w szeregach SS znajdziemy Ślązaków. Jednak pisanie o „śląskich obozach koncentracyjnych”, zlokalizowanych na Śląsku i ze śląskim personelem, byłoby ohydnym kłamstwem i historycznym nadużyciem.
Tomasz Teluk
