19.01.18, 15:30Fot. Lukas Plewnia via Flickr, CC BY-SA 2.0

Szczury uciekają z tonących okrętów

Dawniej mówiło się, że każdego polityka, jak muchę, najłatwiej jest zabić gazetą. W latach 90-tych polityków najczęściej „zabijało się” Wyborczą. Wystarczyło, że którykolwiek podpadł albo chociaż krzywo spojrzał na nadredaktora Adama, a jego kariera natychmiast zawisała na włosku. Dziś, w erze internetu, portali informacyjnych i mediów społecznościowych, gdy mamy do czynienia rozdrobnieniem źródeł informacji, dezinformacji i opinii, rolę kreowania ale i uśmiercania pojedynczych graczy politycznych przejęła prasa bulwarowa, serwisy plotkarskie i niemieckie gazety lokalne. Kreowanie i uśmiercanie całych partii dokonywane jest przy użyciu sondaży wyborczych i telewizyjnych programów informacyjnych.

Do historii politologii, socjologii i medioznawstwa przejdzie z pewnością sondaż z połowy grudnia 2015 roku, wykonany przez IBRiS dla Super Ekspresu. Według tego sensacyjnego badania partia Ryszarda Petru uzyskała ponad 30% poparcia, podczas gdy partia Jarosława Kaczyńskiego mogłaby liczyć jedynie na 27% głosów. Tym bardziej dziwny i niecodzienny był to sondaż, że zaledwie półtora miesiąca wcześniej w prawdziwych wyborach, PiS uzyskało 37,5 % a partia Nowoczesna 7,6%. Nie przeszkodziło to jednak przewodniczącemu Petru w wygłoszeniu orędzia noworocznego w 2015 roku, jakby już wtedy był co najmniej premierem, jeśli nie prezydentem. Dziś Ryszard Petru jest szeregowym posłem, stracił przywództwo w swojej partii, a nawet dąży do jej wewnętrznego rozbicia. Zadłużona na kilka milionów, pozbawiona struktur terenowych i państwowych dotacji Nowoczesna, w aktualnych sondażach waha się na granicy progu wyborczego.

O wiele bardziej skomplikowana wydaje się być sytuacja Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego poparcie w ostatnich sondażach regularnie spada w okolice 3%. Jednak PSL tym różni się od Nowoczesnej, że posiada rozległe struktury lokalne, ogromne wpływy w samorządach, ludzi obecnych nadal w spółkach Skarbu Państwa oraz gromadzone przez kilkadziesiąt lat, nieformalne aktywa, które mogą zostać użyte w razie postawienia tej partii w sytuacji przymuszonej. Nie bez powodów, niektórzy prawicowi publicyści nazywają sukcesorów ZSL’u najbardziej niebezpieczną i szkodliwą partia w naszym kraju, wliczając Platformę i SLD.

Dziś gruchnęła informacja, że z PSL do partii Gowina odchodzi poseł Mieczysław Baszko. Taki manewr spowodowałby, że partia przewodniczącego Kosiniaka-Kamysza miałaby w Sejmie mniej niż piętnastu posłów, co zgodnie z regulaminem Sejmu spowodowałoby konieczność przekształcenia klubu PSL w koło poselskie.  Byłaby to pierwsza w historii III RP tego typu degradacja Ludowców w parlamencie. Ostateczne decyzje jeszcze w tej sprawie nie zapadły, i póki co, trwa wojenka informacyjna. Najwyższe czynniki partyjne ogłosiły, że klub „zielonej koniczynki” mogą zasilić Europejscy Demokracji w osobach posłów Niesiołowskiego, Kamińskiego, Huskowskiego i Protasiewicza. Tym weteranom i tak pewnie jest już wszystko jedno, jednak taka deklaracja oznacza, że coś jest na rzeczy, a PSL zaczyna się sypać.

Nad Ludowcami ciążą nie tylko spadające poniżej progu wyborczego sondaże, ale podejrzenia kluczowych działaczy i liderów o poważne  przestępstwa, czego potwierdzeniem są prowadzone już w tej chwili postępowania prokuratorskie. Wypłynięcie do mediów kolejnych afer z udziałem byłych i obecnych działaczy tej partii, może spowodować jej totalną zapaść i utratę jakichkolwiek szans na wejście do Sejmu w kolejnych wyborach.

Jeśli weźmiemy pod uwagę trendy sondażowe Kukiz’15, to i w tym ugrupowaniu możemy spodziewać się jakiegoś nieoczekiwanego tąpnięcia. Straszenie wyborców „patriokracją” już nie działa, a hasło JOW’ów wyblakło i straciło na atrakcyjności. Swoją świeżość i siłę przekazu wydaje się tracić również lider tej formacji, który sam już nie wie, czy jego ugrupowanie ma być ruchem społecznym czy partią polityczną, czy brać pieniądze z budżetu państwa, czy nadal bawić się w polityczną partyzantkę. To jest szczególnie niezręczna sytuacja dla działaczy terenowych, którzy tym bardziej nie wiedzą, co mają opowiadać ludziom. Chaos komunikacyjny w ugrupowaniu i wyraźne zmęczenie Pawła Kukiza wydają się znajdować swoje odbicie w sondażach, niebezpiecznie zbliżających się do 5%.

Gdy zastanowimy się nad dawnymi praktykami nadredaktora Adama i jego prasowego organu, to do dziś nie wiadomo do końca jaki procent skuteczności możemy przypisać tak zwanej sile mediów, a jaki szczególnej znajomości archiwów MSW, które na początku lat 90-tych spenetrował on do spółki z kilkoma historykami. W każdym razie pan nadredaktor miał, jak nikt inny w tamtych czasach, dostęp zarówno do ekskluzywnej wiedzy operacyjnej służb PRL, dotyczących głównie polityków solidarnościowych, jak i władzę w opiniotwórczym medium o największej wówczas sile rażenia. Dziś potęga dawnych archiwów wydaje się być nie mniejsza, co w połączeniu z wiedzą pozyskiwaną współcześnie i jeszcze szerszym dostępem do zdywersyfikowanych kanałów komunikacji, może dla niektórych polityków stanowić zagrożenie śmiertelne.

Każdego dnia widzimy jak walczą buldogi. Biorą się za łby już jawnie, publicznie, w salonie, przy gościach, a nie gdzieś pod dywanem, na zapleczu, w bocznym, zakurzonym gabinecie. Nie przejmują się widownią, bo walczą o życie. Utrata władzy w samorządach to poważne straty finansowe i pozbawienie możliwości zapewniania swoim ludziom lukratywnych kontraktów i posad. Ale nieobecność w parlamencie to pozbawienie parasola ochronnego w postaci immunitetów poselskich i senatorskich, co dla niektórych będzie musiało się wiązać z przyspieszeniem postępowań karnych i nieuchronnymi wyrokami. Dlatego czekajmy i obserwujmy nowe przesunięcia, roszady i zmiany partyjnych barw, ale i nagłe, publiczne wyznania polityków. To może być o wiele bardziej interesujące niż Big Brother i Fear Factor razem wzięte. Ze wskazaniem na „czynnik strachu”.

Paweł Cybula