- Regulacja ta jest kolejnym krokiem do wypełnienia dyspozycji zawartej w ustawie o VAT, zgodnie z którą wszyscy podatnicy dokonujący sprzedaży na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej lub rolników ryczałtowych powinni dokumentować obroty za pomocą kas fiskalnych. Zwolnienia z tego obowiązku są stopniowo redukowane, a projektowane rozporządzenie konsekwentnie zawęża zakres stosowanych dotychczas ulg - powiedziała Polskiej Agencji Prasowej Wiesława Dróżdż, rzecznik prasowy Administracji Podatkowej w Ministerstwie Finansów.
Według pani rzecznik obecny limit (40 tys. zł - przyp. red.) jest wykorzystywany przez firmy do "ukrywania rzeczywistych obrotów i tym samym unikania stosowania kas fiskalnych do rejestrowania obrotu". Obowiązek nie ominie również... szkół nauki jazdy. - Znane są przypadki nadużyć podatkowych dokonywanych przez szkoły nauki jazdy polegające na zaniżaniu lub niewykazywaniu w księgach podatkowych przychodów z tytułu opłat za uczestnictwo w kursach - wyjaśniła Dróżdż.
Tym sposobem, nasza władzuchna znowu wyciąga ręce po pieniądze podatników, bo przecież sama wie najlepiej, jak nimi zarządzać. A, że Polacy są niereformowalni i nie lubią, jak robi się z nich idiotów, resort wymyślił środki zaradcze. I tak, kawałek żelastwa trafi nawet do wszechobecnych "elek".
Dziwne, że przedstawiciele Najjaśnieszej RP z równą pryncypialnością nie wezmą się za samozwańczych parkingowych, którzy dają o sobie znać, zwłaszcza w okresie wakacji. Ale - z drugiej strony - jak mają walczyć z Frankensteinem, którego sami stworzyli? Lokalne samorządy i podlegające im Straże Miejskie tak skrupulatnie zajęły się wlepianiem mandatów za "złe parkowanie", że nawet nie były łaskawe poinformować turystów o zakazach wjazdu, zatrzymywania czy postoju. O sprawie było głośno już kilka lat temu, gdy turyści, odwiedzający takie miejscowości, jak np. Sobieszewo, zaczęli skarżyć się, że wrócili nie tylko z miłymi wspomnieniami, ale również... portfelami cieńszymi o trzy stówy. Powód? Parkowanie w "nieodpowiednich miejscach".
Nierozwiązane problemy rodzą następne. Zasada sprawdziła się również w przypadku nadmorskich kurortów. Niedawno zadzwonił do mnie znajomy, aby podzielić się wrażeniami ze swojego weekendowego wypadu nad morze. Okazało się, że obok urzędników i upierdliwych funkcjonariuszy straży miejskiej, kolejną żywą przeszkodą w spokojnym wypoczynku, okazali się rośli panowie z łysymi głowami, kórzy - ni z tego, ni z owego - zaczęli żądać "opłat postojowych". Jak wiadomo, takim się nie odmawia. Chyba, że - oprócz miłych wspomnień - na plaży chcemy zostawić kilka zębów.
Dlaczego nikt nie reaguje? A czego, my - naiwniacy, możemy oczekiwać od małych miejscowości, skoro "samozwańczy parkingowi" (i to znacznie mniejszych gabarytów), stają się zmorą wielkich miast? - (..) Kierowcy sami są sobie winni, że dali tak duże przyzwolenie społeczne dla takich zachowań - powiedział "Dziennikowi Łódzkiemu" Radosław Kluska, rzecznik tamtejszej Straży Miejskiej. Koniec, kropka. Płacisz oprychowi za "miejscówę" czy "pilnowanie" w obawie o swoje zdrowie lub wóz? To Twoja wina!
Ciekawe, że nasza władzuchna nie jest skora do rozprawienia się z takimi osobnikami. W końcu na byciu samozwańczym parkingowym można nieźle zarobić, a i miejsce na kasę fiskalną gdzieś by się znalazło. Ale hasło ekipy Tuska pozostaje bez zmian: "By żyło się lepiej. Wszystkim". Oprychom również, normalnym obywatelom - trochę mniej.
Aleksander Majewski

