Politycy ostrzegają przed "tykającymi bombami". Według szefa niemieckiego kontrwywiadu, to tylko kwestia czasu, kiedy zaczną dokonywać zamachów - pisze z Niemiec korespondentka Wirtualnej Polski Agnieszka Hreczuk.

W ostatnią sobotę w Bremie nie po raz pierwszy w ostatnich tygodniach zaostrzono środki bezpieczeństwa. "Wcześniej z obawy przed terrorystami odwołana została demonstracja Pegidy (stowarzyszenia antyislamskiego) w Dreźnie i tradycyjny pochód karnawałowy w Brunszwiku. Po zamachu w Paryżu, na berlińskich dworcach i ulicach zwiększona została obecność policji, a przed siedzibą wydawnictwem Axela Springera ustawiono patrole. - Niemcy są bez wątpienia na celowniku terrorystów" - pisze Hreczuk.

Zagrożenie upatrywane jest ze strony rodzimych fundamentalistów, którzy przez lata działali tu prawie nie niepokojeni. Jak wskazuje dziennikarka, w Niemczech działa przynajmniej kilkanaście tysięcy radykalnych muzułmanów - salafitów - wspierających Państwo Islamskie. Niemieckie władze szacują że nawet 600 z nich wyjechało w ciągu ostatnich trzech lat do Syrii, aby walczyć po stronie dżihadystów. Niezależni eksperci oceniają, że jest ich znacznie więcej. To w większości młodzi mężczyźni.

Bojownicy wracają do Niemiec. Służby informują o ponad 200 bojownikach samozwańczego kalifatu przebywających obecnie z powrotem na terenie Niemiec. 70 z nich podejrzewa się o aktywny udział w ciężkich przestępstwach i aktach terroru - pisze korespondentka.

Niemiecki rząd w walce z zagrożeniem terrorystycznym planuje zaostrzyć prawo. Teraz za udział w akcjach zbrojnych i w obozach szkoleniowych dżihadystów można stracić paszport i dostać wyjazdu z kraju. Niemieckie ministerstwo sprawiedliwości chce, by karze podlegało też finansowanie organizacji fundamentalistycznych, np. przez darowizny, a bojownikom było odbierane niemieckie obywatelstwo.

ed/Wp.pl