KAI: Dwa lata temu z żoną Krystyną wydaliście monumentalny album „Pamięć. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1946”, dokumentujący fenomen pomocy, której Węgrzy udzielili naszym rodakom podczas drugiej wojny światowej. Czy rozmiary tego zjawiska są tak wielkie, że trzeba było wydać drugi tom, takich samych rozmiarów co pierwszy, który w środę (16 maja) będzie po raz pierwszy zaprezentowany w Warszawie ?
Grzegorz Łubczyk: To wciąż zbyt mało. Nie możemy zapominać, że w 1939 roku żadne inne państwo, ani też inne społeczeństwo nie zachowało się równie przyzwoicie wobec polskiej tragedii, jak zachowali się Węgrzy. Zawiedli Francuzi, zawiedli Anglicy, choć byli zobligowani umowami. A Węgrzy, którzy liczyli na pomoc Hitlera w odzyskaniu swoich ziem po wielkiej traumie traktatu w Trianon, który odebrał im 2/3 terytorium i tyleż samo ludności, zachowali się wobec führera nielojalnie, stając niejako w obronie Polski. Hitler, który chciał uderzyć na Polskę także od południa, był przekonany, że nie będzie żadnego problemu by jego wojska przejechały przez terytorium węgierskie. Od marca 1939 roku mieliśmy z Węgrami znów wspólną granicę, która okazała się dla nas zbawieniem. Nie dość, że Węgrzy odmówili Hitlerowi przemarszu wojsk Wehrmachtu – czego nie mógł pojąć – to na dodatek po 17 września po napaści Rosji Sowieckiej na wschodnie połacie Rzeczypospolitej, odważyli się otworzyć swą granicę przed polskimi uchodźcami. Z badań tego exodusu wynika, że ponad 120 tysięcy Polaków, wojskowych i cywilów, znalazło schronienie na Węgrzech.
Bez przesady zatem można powiedzieć, że późniejsze polskie zwycięstwa militarne i nasz wkład w rozgromienie Niemców, nie byłby tak znaczący, gdyby polscy żołnierze nie dostali się na Zachód przez Węgry?
- Zgadza się. Propolska elita władz węgierskich, po prostu, udawała, że nie widzi tego, co robią Polacy. Tylko od jesieni 1939 r. do połowy 1940 r. ok. 40 tys. polskich oficerów i żołnierzy zostało przerzuconych z Węgier do Francji. Byli wśród nich m.in. tacy pułkownicy, a późniejsi słynni generałowie jak Stanisław Maczek i Józef Giza. Był to trzon tworzonej przez generała Sikorskiego nowej armii polskiej.
Stało się też coś niewiarygodnego: przez długi czas funkcjonowała ambasada polska w Budapeszcie.
- To rzeczywiście kolejny paradoks. Węgry, polityczny sojusznik Hitlera, a zezwala, by aż do stycznia 1941 roku funkcjonowało polskie poselstwo (niższa ranga ambasady). Nad wejściem do budynku wisiał polski orzeł! Zdumiewające! Kiedy ówczesny poseł w Budapeszcie Leon Orłowski udał się do premiera Pála Telekiego, by mu przekazać decyzję naszego rządu na wychodźstwie o zamknięciu placówki, usłyszał od niego coś, co powinno zostać utrwalone w annałach polskiej świadomości: „Przyjacielu nie martw się, teraz ja będę ambasadorem Polski”.
Dlatego nawet drugi album to wciąż mało, by Węgrom okazać naszą wdzięczność. Dla tego fenomenu pomocy nie było miejsca w pamięci zbiorowej ani w Polsce, ani na Węgrzech i to przez wiele lat. Po wojnie, za rządów krwawego Rakosiego, Węgrów zaangażowanych w niesienie pomocy Polakom spotkała kara. Twierdzono bowiem, że elity węgierskie pomagały polskim burżujom! Ten album, jego drugi tom, to wyraz naszej skromnej wdzięczności, moralna spłata i choć po latach, ale jednak ważna. Jako autorzy musimy powiedzieć, że pierwszy tom został przez Węgrów bardzo dobrze przyjęty. Mieliśmy u nich dwanaście prezentacji. Pisały o albumie największe tytuły węgierskie, a węgierska telewizja DUNA TV nakręciła film dokumentalny z zawartością albumu w głównej roli.
Myśleliśmy, że pierwszy album „sprawę” zamknął. Nie było łatwo zebrać tylu dokumentów, świadectw i fotografii. Okazało się jednak inaczej. Pierwszy album otworzył pamięć i ich domowe archiwa wielu osób. Ponad 40 uchodźców lub członkowie ich rodzin przekazali nam niepublikowane dotąd zdjęcia i dokumenty. Ponadto spenetrowaliśmy lepiej zasoby Centralnego Archiwum Wojska Polskiego w Rembertowie, Centralnego Archiwum Wojskowego w Budapeszcie, Centralnej Biblioteki Wojskowej w Warszawie. Zdobyliśmy też cenne materiały z Instytutu Sikorskiego w Londynie. Mamy satysfakcję, że drugim tomem wnosimy sporo nowej wiedzy o polskim uchodźstwie na Węgrzech.
Fenomenem tej pomocy było to, że uczestniczyła w niej znacząca część węgierskiego społeczeństwa: elita władzy, Kościół, organizacje społeczne. Czym to wytłumaczyć?
- By zrozumieć postawę Węgrów, trzeba wiedzieć, że my Polacy z żadnym innym narodem nie mieliśmy tak dobrych relacji na przestrzeni aż tysiąca lat. To właśnie w 1939 roku zaowocowało. Przed wojną działało na Węgrzech ponad 15 towarzystw przyjaźni polsko-węgierskiej. To one, wcześniej niż agendy rządowe, zorganizowały się i stworzyły własną sieć pomocową. Jako pierwsze ministerstwo honwedów (obrony) utworzyło specjalny 21. Departament do opieki nad wojskowymi, a zaraz potem podobnie uczyniło ministerstwo spraw wewnętrznych, które zajęło się cywilami. Wszyscy, wojskowi i cywile, otrzymywali żołd. Wyzwanie podjął również Kościół węgierski z kardynałem Jusztiniánem Serédim. Organizacja pomocy dla Polaków stała się tematem dwóch posiedzeń Episkopatu Węgier. Wśród uchodźców znalazło się bowiem 90 polskich duchownych, a wśród nich bp Karol Radoński. Z inicjatywy ówczesnego przeora paulinów w Budapeszcie, o. Michała Zembrzuskiego powstało Duszpasterstwo Polskie do Opieki nad Uchodźcami. Rola duchownych nie została doceniona. Dlatego postanowiliśmy i tę lukę wypełnić, poświęcając temu zagadnieniu oddzielne rozdziały, zarówno w pierwszym, jak i drugim tomie.
Niezwykłą rolę w pomocy Polakom odegrał też nuncjusz apostolski na Węgrzech, abp Angelo Rotta.
- To niezwykle szlachetna postać. Od samego początku włączył się w niesienie pomocy uchodźcom. Nie tylko bezpośrednio się w nią angażował, ale nawet zdobywał w Watykanie środki finansowe na studia polskiej młodzieży na budapesztańskich uczelniach. Nuncjusz bardzo pomógł też w dziele ratowania Żydów, również polskich. M.in. przyjeżdżał do Vácu, do słynnego sierocińca dzieci żydowskich, założonego przez Jozsefa Antalla i Henryka Sławika, aby dać świadectwo, że są to dzieci... katolickie. W 1943 roku odwiedził wszystkie obozy polskich uchodźców na Węgrzech. Za każdym razem wygłaszał podnoszące na duchu przemówienia, pocieszając tułaczy, że niedługo wrócą do Ojczyzny. W momencie zaś wkroczenia Niemów na Węgry, co stało się 19 marca 1944 roku, gdy dziesiątki tysięcy Żydów węgierskich wywożono do obozów koncentracyjnych, niebywale zaangażował się w ich ratowanie. Nuncjaturę zamienił w ośrodek pomocy Żydom. Tworzył specjalne domy papieskie, które miały oficjalny immunitet, na teren których faszyści nie mogli wkraczać. Oblicza się, że dzięki niemu ocalało 15 tys. Żydów. To jest postać warta pomnika. Wobec nuncjusza abp. Rotty też mamy niespłacony dług.
Równie piękną postacią jest też ks. Béla Varga, dla mnie symbol postawy węgierskiego duchowieństwa wobec Polaków.
- To również niezwykły człowiek. W Balatonboglár, gdzie był proboszczem, stworzył warunki do funkcjonowania największej polskiej szkoły poza granicami okupowanej Polski. Przez liceum i gimnazjum w Balatonboglar przeszło około sześciuset młodych Polaków. Rokrocznie kilkadziesiąt osób trafiało na studia węgierskie. M.in. powiedział on do polskich ujchodźców: „Byłoby nie po chrześcijańsku nie udzielić strudzonemu wędrowcy schronienia, gdy znajduje się bez dachu nad głową, a cóż dopiero nie przyjąć u siebie w domu najbliższych krewnych, jakimi Wy jesteście dla nas, Kochani Bracia Polacy”.
Zaangażował się również w działalność polskiej konspiracji. Osobiście wywiózł z Węgier słynnego cichociemnego „Celta” do Szwajcarii jako swojego brata. Do końca swojego życia był w wielkiej przyjaźni z Polakami. Cudem uniknął śmierci, ponieważ NKWD wiedziało, że zna prawdę o Katyniu. Udało mu się uciec oficerom sowieckim, kiedy Rosjanie wkroczyli na Węgry. Po wojnie był pierwszym przewodniczącym parlamentu węgierskiego. Gdy groziło mu aresztowanie, wywiózł z Węgier insygnia władzy parlamentu. Tak jak prezydent Ryszard Kaczorowski zwrócił insygnia władzy prezydenckiej, tak ks. Bela Varga w 1990 r., po zmianie ustroju, przywiózł z emigracji ze Stanów Zjednoczonych, insygnia władzy przewodniczącego Parlamentu Węgierskiego. Po dziesiątkach lat emigracji powrócił do Ojczyzny, a po śmierci został pochowany w swoim Balatonboglárze.
Nie można nie przywołać jeszcze jednej szczególnie ważnej dla zachowania polskiej pamięci postaci...
- Masz zapewne na myśli Józsefa Antalla, który otrzymał zadanie zorganizowania opieki nad uchodźcami cywilnymi. Robił to z takim oddaniem, że nasi rodacy nazwali go „Ojczulkiem Polaków”. Nie można było wymyślić lepszego określenia. Do delegacji uczniów z Balatonbogláru raz powiedział: „Kochani Polacy! Los rzucił Was poza granice Waszej Ojczyzny i znaleźliście się na Węgrzech u Waszych serdecznych przyjaciół, wierzcie mi. Ze swej strony bratni naród węgierski czyni wszystko, abyście się czuli jak u siebie w domu. Należę do tych Węgrów, którzy z serca pokochali Polaków i którzy w Was widzą zawsze – w szczęściu i w nieszczęściu – przyjaciół”.
To był główny partner Henryka Sławika, który jako prezes Komitetu Obywatelskiego do spraw Opieki nad Polskimi Uchodźcami na Węgrzech, koordynował pomoc ze strony polskiej. Ich urzędowa współpraca zamieniła się w niezwykłą męską przyjaźń, do tego stopnia, że Sławik, największy polski „Sprawiedliwy”, oddał życie za Antalla. Jest jeszcze jedna wyjątkowa postać zasługująca na wyróżnienie.
To teraz ja zgadnę. To pewnie pułkownik Zoltán Baló, patron jednej z ulic na moim Ursynowie?
- Tak. On rozkazał nad wejściem do utworzonego 21. Departamentu w Ministerstwie Honvedów zawiesić polskiego orła! Wywiad niemiecki się wściekał: Polski nie ma, Węgrzy są partnerem Niemiec, a tu nad wejściem do departamentu godło polskie wisi obok węgierskiego. Bardzo pomógł w akcji przerzutów żołnierzy polskich do Francji. Musiał „grać na dwie strony”, bo wywiad niemiecki deptał mu po piętach. Tak gorliwie pomagał Polakom, że władze węgierskie musiały go w 1943 roku zdymisjonować, aby nie kłuło to zbytnio w oczy Niemców. Po wojnie z kolei włączył się bardzo w akcję repatriacji Polaków.
Czy, Twoim zdaniem, oprócz dwóch albumów Państwa Łubczyków, spłacamy dług wdzięczności naszym węgierskim przyjaciołom?
- Utworzona po wojnie polska placówka dyplomatyczna w Budapeszcie zwróciła się do płk. Baló o stworzenie listy Węgrów najbardziej zasłużonych dla Polski. Baló, który doskonale wiedział, kto najbardziej pomagał, ułożył listę złożoną z ok. 30 nazwisk. I nikt z tej listy do tej pory nie został odznaczony przez polskie władze! To jest niespełniony testament. Podejmiemy starania, by go zrealizować. Musimy to zrobić. A przecież oprócz wymienionych na tej liście, były tysiące innych ludzi, którzy pomagali i opiekowali się naszymi rodakami. Mamy obowiązek o nich pamiętać. Także w węgierskich książkach i w podręcznikach są luki na ten temat. Ale to nie Węgrzy, lecz my musimy przywrócić pamięć o tych ludziach. To jest nasz moralny obowiązek. Dlatego powstał ten drugi tom. Z żoną Krystyną jesteśmy autorami, ale wielki wkład w powstanie albumów wniósł też grafik Krzysztof Ducki i wybitna tłumaczka Erzébet Szenyán, bo album został wydany w dwóch wersjach językowych – polskiej i węgierskiej. Chodziło nam bowiem o to, by Węgrzy wiedzieli jak ich dziadkowie, ojcowie ostali się w naszej pamięci.
Czy praca nad drugim tomem była równie fascynująca jak nad pierwszym ?
- O tak. Na jego kartach jest sporo odkryć. Zdobyliśmy np. pierwsze orędzie na Boże Narodzenie 1939 r. prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda, przesłane z Rzymu do uchodźców na Węgrzech. Mamy wspomnienia ówczesnego płk. Stanisława Maczka o przejściu ze swoimi pancerniakami przez Węgry. Po raz pierwszy ok. 600 zdjęć i dokumentów ujrzy światło dzienne.
Mamy nadzieję, że sprawa pomocy Węgrów dla Polski i Polaków ożyje, gdyż otrzymaliśmy już wiele zaproszeń z Węgier na prezentację drugiego albumu. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że wśród sponsorów znaleźli się także metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz i metropolita katowicki abp Wiktor Skworc, a także wspomagająca polskie seminaria fundacja „Totus Tuus” z Holandii! Cieszymy się, że tak wiele instytucji, jak Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, dwa miasta Jastrzębie-Zdrój i Lubaczów, trzy dzielnice warszawskie; Bemowo, Białołęka i Żoliborz, Huta POKÓJ w Rudzie Śląskiej, Śląskie Centrum Dziedzictwa Kulturowego w Katowicach, a nawet dwie gminy śląskie: Marklowice i Godów oraz osoby prywatne – w albumie wymieniamy wszystkich naszych dobrodziejów – pomogło nam w tym, aby ten swoisty fenomen braterstwa i pomocy upamiętnić. On na to zasługuje.
Krystyna Łubczyk, Grzegorz Łubczyk „PAMIĘĆ II. Polscy uchodźcy na Węgrzech 1939-1946”, Oficyna Wydawnictwa RYTM, Warszawa 2012.

