Tekst Macieja Stasińskiego jest tak żenujący, że w zasadzie nie należy mu poświęcać uwagi. Pisanie o swoim adwersarzu per „Marcinek” (to o Marcinie Wolskim) już samo pokazuje, jaki model dyskusji preferuje dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Nie inaczej jest z rytualnym potępianiem tezy o tym, że preferowanie przez USA samotnego macierzyństwa wśród Afroamerykanów doprowadziło do destrukcji czarnej rodziny. Z faktami nie da się dyskutować, więc zamiast tego opluwa się rozmówcę.
To jednak nic dla „Gazety Wyborczej” nowego, warto więc skupić się na innych elementach wypocin Stasińskiego. Z jego tekstu wynika na przykład, że Aleksandrowi Wielkiemu „seksualna wszechstronność” (po polsku znaczy to „seksualna rozpusta”) nie przeszkadzała w jego podbojach. Marcin Wolski wprawdzie nie napisał, że ma ona przeszkadzać, a jedynie wskazał, że pewne działania szkodzą rodzinie, ale kto by się tam przejmował polemistą, gdy – jak prawdziwy dziennikarski dresiarz – może sobie skopać „pisowskiego satyryka”.
Jednak pełnie swojej ignorancji (a może nie???) Stasiński ujawnia, gdy zaczyna zajmować się historią starożytności, i w niej szuka uzasadnienia swoich tez. „Zapewne tolerancja, ba, promocja homoseksualizmu w starożytnej Grecji i Rzymie rozłożyła te potęgi” - oznajmia. Polemizować na temat tego, że rozkład rodziny i moralności rozłożył też imperium rzymskie nawet się nie chce. Ale już z tezą o „promocji homoseksualizmu w Grecji polemizować trzeba. A powód jest bardzo oczywisty. Otóż jest to fałsz. W Grecji tolerowano i wspierano związki dorosłych mężczyzn z nieletnimi chłopcami, czyli pedofilię i efebofilię (to jest to, za co „GW” tak dynamicznie potępia niewielką grupę księży). Związki dorosłych mężczyzn były zaś karane śmiercią. I nigdy, nikomu nie przyszło do głowy, by określać je mianem małżeństwa. To ostatnie było bowiem zawsze związkiem kobiety i mężczyzny.
Nie wiem, jak dla redaktora Stasińskiego, ale dla mnie pomysł, by nauczyciel mógł w szkole wykorzystywać dorastających chłopców w imię „seksualnej wszechstronności”, jest dość obrzydliwy. Ale rozumiem, że w prawdziwie postępowej „Gazecie Wyborczej” znajdą się także wielbiciele tego rodzaju rozrywek.

