Przez 11 lat Biuro Edukacji Publicznej IPN wydawało "Biuletyn IPN" - popularnonaukowy miesięcznik poświęcony najnowszej historii Polski, czyli okresowi zapisanemu w ustawie o IPN (lata 1939-1989). Każdy numer przynosił różnorodny materiał - w treści i w formie. Przez wiele miesięcy do każdego numeru dołączano też bezpłatnie płytkę z ciekawym filmem dokumentalnym. Nie tylko zresztą dokumentalnym. "Biuletyn" podarował swoim czytelnikom m.in. DVD ze spektaklami TVP o rotmistrzu Witoldzie Pileckim i o Danucie Siedzikównie "Ince". Te filmy nauczyciele chętnie wykorzystują w pracy edukacyjnej i wychowawczej, poszukują ich, wymieniają się z kolegami. "Biuletyn" miał format książkowy, można go było postawić na półce i sięgnąć do niego w razie potrzeby, by wykorzystać na lekcji czy z własnej ciekawości. Były więc wywiady ze znawcami poszczególnych problemów (redakcja starała się profilować tematycznie każdy numer), były źródłowe artykuły ukazujące ciekawe epizody, często zupełnie nieznane, z dziejów okupacyjnych i z powojennego oporu zbrojnego i społecznego przeciwko sowietyzacji Polski, były relacje i dokumenty historyczne z omówieniem, recenzje książek historycznych, kronika najważniejszych wydarzeń w IPN.

 

Były też mankamenty. Kolejne numery nie ukazywały się regularnie, często były podwójne, nieco opóźnione. Zainteresowani mieli trudności z ich nabyciem, zwłaszcza na terenie IPN, gdzie dystrybucja wydawnictw własnych jest od dawna wyjątkowo nieudolna, szczególnie po ustawowej likwidacji Gospodarstwa Pomocniczego IPN. Można było temu zaradzić, zobowiązując licznych pracowników Biura Edukacji Publicznej IPN w poszczególnych oddziałach do składania propozycji do "Biuletynu", ale specjalnie o to nie dbano, zostawiając często redaktorów samym sobie. Oni i tak w tej sytuacji doskonale sobie radzili: najpierw Barbara Polak, potem Jan Ruman.

 

I oto ktoś (?) doszedł do wniosku, że ten IPN-owski "Biuletyn" - nazywany "flagowym periodykiem IPN" - jest "za mało atrakcyjny", "za mało kolorowy" i w ogóle "za mało konkurencyjny" (tak jakby ktokolwiek badał - przy tym nieudolnym systemie dystrybucji - jego "atrakcyjność"!). Postanowiono zlikwidować "Biuletyn IPN" i zamienić go na kolorowe pisemko, jakich wiele w empikach. Wymyślono "atrakcyjny" i "nowoczesny" tytuł "Pamięć.pl". To był pierwszy poważny błąd. Tytuł funkcjonujący na rynku 11 lat ma swoją wymierną wartość i takich rzeczy się po prostu nie robi, to jest amatorszczyzna! Ktoś się w ostatniej chwili zreflektował i dodał słowa "Biuletyn IPN" jako nadtytuł - ledwie jednak widoczny i bez większego znaczenia. Skoro bowiem zmienił się format i cały layout (wzorzec typograficzny), taka wstawka nie jest żadnym nawiązaniem do tego, co było.

 

Nowym redaktorem został Andrzej Brzozowski - mediewista z redakcji "Mówią wieki", współautor kontrowersyjnego podręcznika dla klasy I szkół ponadgimnazjalnych "Ku współczesności. Dzieje najnowsze 1918-2006". Na stronie tytułowej tego podręcznika - jako wydarzenie symboliczne i pewnie uznane za najważniejsze w tej naszej "współczesności" - pokazano rozbieranie muru berlińskiego (kiedy już na to pozwolono...), a nie Wielki Sierpień 1980. Zważywszy, że to polski podręcznik, szokujące! W środku równie szokująca afirmacja jednej z gazet, uczestników debaty politycznej w dzisiejszej Polsce, i skandaliczne, niezgodne z kanonami podręcznika zadanie dla ucznia, który ma udowodnić, że "Gazeta Wyborcza" jest "najbardziej poczytną, atrakcyjną dla szerokiej publiczności polską gazetą". Polityczny pijar w podręczniku!



Pamięć, ale jaka?
Brzozowski pisze we wstępie do "Pamięci.pl", że "jednym z podstawowych obowiązków IPN jest przechowywanie narodowej pamięci (...), a także jej pielęgnowanie i upowszechnianie". Kiedy ktoś mówi o zadaniach IPN, to należy się spodziewać, że powołuje się na ustawę o IPN (rok 1998, z późniejszymi zmianami). Tylko że ustawa precyzuje to inaczej niż Brzozowski: mamy zachować nie tyle enigmatyczną, abstrakcyjną "pamięć narodową". Mamy zachować pamięć "o ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski w latach II wojny światowej i po jej zakończeniu". Mamy też pokazywać "patriotyczne tradycje zmagań Narodu Polskiego z okupantami, nazizmem i komunizmem" oraz "czyny obywateli dokonywane na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego i w obronie wolności oraz godności ludzkiej". Do tego dochodzi "obowiązek ścigania zbrodni przeciwko pokojowi, ludzkości i zbrodni wojennych" oraz "powinność zadośćuczynienia przez nasze państwo wszystkim pokrzywdzonym przez państwo łamiące prawa człowieka" (chodzi o odszkodowania i unieważnienia wyroków "sądów" komunistycznych, wydanych na ludzi, którzy działali na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego). To wszystko znajdziemy w preambule IPN-owskiej ustawy. Niedostrzeganie tych wszystkich ustawowych zadań i ograniczanie ich do samej pamięci, potraktowanej "filozoficznie", jest grzechem pierworodnym, wyzierającym z każdej strony nowego periodyku.

 

Jak Brzozowski rozumie to "przechowywanie pamięci", dowiadujemy się już z następnego zdania: "Każdy ma prawo do własnej części pamięci narodowej". To cytat z wywiadu z prof. Andrzejem Paczkowskim, który Brzozowski przyjmuje jako "swoiste credo" nowego periodyku. Ten wywiad jest niewątpliwie najważniejszym materiałem w pierwszym numerze "Pamięci.pl", jest kluczem do zrozumienia jego koncepcji i uzasadnieniem tytułu "Pamięć.pl". Już sam tytuł wywiadu jest bardzo niepokojący: "Pułapki pamięci". Jakie pułapki mogą się kryć w pamięci o "ogromie ofiar, strat i szkód poniesionych przez Naród Polski"? Okazuje się, że największa pułapka to



damnatio memoriae
Ten łaciński termin znaczy dosłownie "potępienie pamięci" i odnosi się do starej praktyki usuwania z dokumentów, tablic czy pomników nazwisk i wizerunków osób skazanych na zapomnienie z powodów ideologicznych, bieżących politycznych etc. Praktyki znane od starożytności, szczególnie dramatyczne i brutalne w wykonaniu totalitarnych państw socjalistycznych XXwieku: Rosji bolszewickiej i Niemiec czasów Adolfa Hitlera. Wystarczy przypomnieć takie symboliczne wydarzenia, jak zniszczenie przez Niemców Pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie, "aresztowanie" pomnika Jana Kilińskiego w Warszawie czy "zniemczenie" Mikołaja Kopernika. Po stronie sowieckiej mieliśmy totalną dewastację wszelkich śladów polskości na zaanektowanych Kresach, a po wojnie zmanipulowanie symboliki i treści Grobu Nieznanego Żołnierza oraz zaśmiecenie przestrzeni publicznej Polski sowieckiej memoriałami afirmującymi jawnych wrogów polskiej państwowości - takich jak Feliks Dzierżyński czy Julian Marchlewski - wiezieni do Polski w taborach armii agresora, jako przyszli rządcy "polskiej republiki rad" - i cały legion enkawudowsko-ubeckich utrwalaczy władzy sowieckiej w Polsce.

 

Dywagacje przy fajeczce
Fragment wywiadu z prof. Paczkowskim na temat damnatio memoriae wprawił mnie w osłupienie, potem w przygnębienie: "Tę technikę stosują wszyscy. Także III RP. Była ulica Juliana Marchlewskiego, a teraz jest Jana Pawła II, nie ma już ulicy Marcelego Nowotki, nie ma pomnika Feliksa Dzierżyńskiego"... Okazuje się, że dla prof. Paczkowskiego i autorów wywiadu - Andrzeja Brzozowskiego i Andrzeja Zawistowskiego - dramatyczne, utrudniane skutecznie przez postkomunistów działania Instytutu Pamięci Narodowej i rozumiejących problem działaczy samorządowych, by oczyścić polską przestrzeń publiczną od wrogich memoriałów upokarzających Polaków i pamięć naszych bohaterów - to tylko jeden z przejawów odwiecznej damnatio memoriae. Tylko tyle?! Profesor Paczkowski znany jest z zamiłowania do dywagacji, górskich wędrówek i fajki. Mam nadzieję, że te dziwne uwagi traktował właśnie jako dywagacje przy fajeczce, a nie jako wytyczanie fundamentów pod nowy periodyk IPN.

 

Pamięć narodowa czy śmietnik?
Inaczej potraktowali to redaktorzy "Pamięci.pl", obrazując nieszczęsne dywagacje dwiema ilustracjami z Pałacu Stalina w Warszawie: jedna pokazuje kamienną postać sprzed pałacu, trzymającą w lewej ręce dzieła Marksa, Engelsa i Lenina. Autorzy zauważają puste miejsce po skutym czwartym nazwisku "Stalin" i dają to jako przykład "damnatio memoriae w XXwieku". Druga ilustracja pokazuje fasadę pałacu z napisem "Pałac Kultury i Nauki" z uwagą, że neon i blacha skrywają dalszy ciąg nazwy: "im. J. Stalina". Problem nie polega na skrywaniu i na damnatio. Problem polega na tym, że w centrum Warszawy stoi ohydna architektonicznie i obca polskiej tradycji sowiecka rudera, symbol sowieckiej dominacji nad powojenną Polską, i nikomu to nie przeszkadza, choć mamy wymowny przykład z przeszłości: Polaków pierwszych lat odrodzonej Rzeczypospolitej stać było na trudną decyzję o wyburzeniu cerkwi św. Aleksandra Newskiego na placu Saskim, choć był to obiekt sakralny. Ale ważniejsze było to, że "złote garby" były w ówczesnej świadomości symbolem rosyjskiego zniewolenia Polaków. Przedwcześnie zmarły poeta Edward Słoński (zm. 1926) marzył: "Połóżcie mi na trumnie, jak szablę pod obrazkiem, ostatnią cegłę z gruzów cerkwi na Placu Saskim"... Nie spotkałem się w "wolnej" Polsce, po roku 1990, z podobnymi marzeniami... "Pamięć.pl" z takim "filozoficznym" podejściem do problemu na pewno by to uznała za "damnatio".


Zagubienie "świętej Sprawy"
Od XIXwieku funkcjonuje w polskiej tradycji i literaturze pojęcie "świętej Sprawy" ("słusznej Sprawy"), używane często w publicystyce konspiracyjnej czasu wojny, m.in. kilkakrotnie w ostatnim rozkazie gen. Leopolda Okulickiego z 19 stycznia 1945. Żaden Polak nie musiał nigdy pytać, co to znaczy. Polski narodowy instytut pamięci musi tę "świętą Sprawę", oznaczającą niepodległy byt państwa polskiego, traktować jako najważniejszy punkt odniesienia. To wynika nie tylko z preambuły ustawy. IPN nie jest jednym z wielu instytutów naukowych; nie jest jednym z wielu ośrodków uniwersyteckich. Nie jest żadną "korporacją" (jak mi niedawno wmawiał pewien wysoki urzędnik IPN, tłumacząc, że IPN "nie jest już tym, czym był na początku"!). Należy do sektora administracji publicznej specjalnej i ma szczególne zadania wobec państwa i jego obywateli. Dywagacje o pamięci i damnatio memoriae są ciekawe, ale pod warunkiem, że nie przekładają się w taki prymitywny sposób na politykę historyczną IPN. Nadają się świetnie do pogawędki przy grillu.



Kalendarium - musztarda po obiedzie
Pierwszy numer "Pamięci.pl" ukazał się pod koniec kwietnia. Więc po co komu kalendarium za kwiecień? Pismo popularnonaukowe IPN powinno zapowiadać ważne rocznice na kolejny miesiąc, by zwrócić na nie uwagę rodaków. By ich na przykład namawiać do eksponowania flagi narodowej 2 i 3maja. By zwrócić uwagę na beatyfikację Jana PawłaII (1 maja) i jej znaczenie dla nas wszystkich. By zwrócić uwagę na rocznice śmierci Józefa Piłsudskiego i Władysława Andersa (12 maja), rocznicę urodzin Karola Wojtyły (18 maja) i rocznicę zdobycia Monte Cassino (18 maja). Po co komu musztarda po obiedzie? Ale w takim potraktowaniu sprawy dostrzegam również niechęć przed jakimkolwiek formowaniem czytelnika, przed eksponowaniem zdarzeń, które miały (mają) charakter państwowotwórczy (słowo wyśmiewane w czasach Polski sowieckiej) i związane są w jakikolwiek sposób ze "świętą Sprawą".
Braku w kwietniowym numerze przypomnienia o drugiej rocznicy śmierci prezesa Janusza Kurtyki nie potrafię nawet skomentować, trudno było w to uwierzyć...



"Radziecka" poprawność
Już po ukazaniu się pierwszego numeru "Pamięci.pl" dowiedzieliśmy się, że podczas narady redakcyjnej redaktor Andrzej Brzozowski usiłował przekonać pracowników, iż należy "ujednolicić" pisownię w biuletynie: nie "sowiecki", lecz "radziecki", nie "Sowiety", lecz "Związek Radziecki", nie "ZSRS", lecz "ZSRR". Rzecz o tyle interesująca, że wersji "sowiecki" używa konsekwentnie w swych publikacjach prezes Łukasz Kamiński i większość pracowników IPN - zarówno ci, którzy zajmują się badaniami naukowymi, jak i edukatorzy. Szokujące jest uzasadnienie wniosku Brzozowskiego: "sowiecki" ma "negatywne konotacje" i jest "nieprzychylne wobec Rosji"! Jakich "konotacji" chciałby Brzozowski dla nazwy państwa, które tylko w latach 1937-1941 zamordowało 11 mln swoich obywateli (według prof. Natalii Lebiediewej)?! Dlaczego utożsamia Rosję z Sowietami? Czy nie powinniśmy raczej robić wszystko, by uświadamiać Rosjanom wspólnotę cierpienia w systemie komunistycznym? Co za dziwne kryterium ta "konotacja"? O kryterium językowym nawet szkoda gadać. Słowo "sowiecki" pod względem językowym jest neutralne stylistycznie i jest zakotwiczone w polskiej tradycji językowej. Słowo "radziecki" w tym znaczeniu to propagandowy neologizm o dodatnim (nie neutralnym!) zabarwieniu stylistycznym, bo takie były wymogi propagandy Polski sowieckiej. To jednak temat na osobny artykuł, skoro problem znów powrócił, i to za sprawą redaktora periodyku IPN! Przykre. (...)

 

Całość: www.naszdziennik.pl

 

JW/NaszDziennik.pl