Prof. Szeremietiew dla Fronda.pl: Potrzebujemy Obrony Terytorialnej - zdjęcie
17.04.15, 10:52

Prof. Szeremietiew dla Fronda.pl: Potrzebujemy Obrony Terytorialnej

3

Paweł Chmielewski, portal Fronda.pl: Gen. Stanisław Koziej mówi, że nie jest nam w tej chwili potrzebne przywrócenie poboru powszechnego, bo wystarczy nam armia, jaką posiadamy, wraz z rozbudowanymi rezerwami. Zgadza się pan profesor z takim kierunkiem?

Prof. Romuald Szeremietiew: Pierwsza kwestia, to skąd mają wziąć się te przygotowane rezerwy? Do jakiej armii? Jak na razie mamy model sił zbrojny, w których występują tylko wojska operacyjne. A to oznacza, że wojska te, uzbrojone w broń i bardzo skomplikowany sprzęt, nie mogą być liczne. Jeśli będzie nas atakował nieprzyjaciel, to zaatakuje właśnie wojskami operacyjnymi – i zdobędzie przewagę. Musimy zastosować inny model sił zbrojnych, jeśli mamy się obronić. Przy mocy naszej obecnej armii obrona nie będzie skuteczna.

Jak miałby wyglądać ten nowy model?

To przede wszystkim powszechne przygotowanie obywateli do posługiwania się bronią. Polacy w ramach programu Obrony Terytorialnej powinni być w stanie bronić całego terytorium kraju. Dzisiaj bronione byłyby tylko te rejony, w których funkcjonują wojska operacyjne. Gdy weźmiemy pod uwagę normy taktyczne przewidziane dla obecnych sił zbrojnych,  to możemy dzisiaj bronić mniej więcej jednego procenta terytorium Polski.

No, tak, zdaje się, że doktryna zakłada po prostu stopniowe wycofywanie się wojsk na zachód i oczekiwanie na wsparcie sojuszników.

Tak na dobrą sprawę to nie wiadomo, co przewiduje doktryna. W kwestii tych rozwiązań wszystko jest tajne. Istnieje pytanie na jakiej linii armia będzie w stanie skutecznie stawić opór. Słyszałem wypowiedź premiera Donalda Tuska, według którego NATO zapewnia, że taką linią obrony Sojuszu nie może być linia Odry, ale Wisły. To już w pewien sposób lepiej, ale wciąż nie dobrze: bo między Wisłą a Bugiem też są jakieś ziemie. I co – mają zostać oddane nieprzyjacielowi? Nie wiem. Słyszeliśmy jednak wczoraj pana generała Kozieja, że wojna w Polsce jest mało prawdopodobna.

Pan przekonuje, że jest inaczej.

Tu nie chodzi o to, kto z nas ma rację, czy wojna wybuchnie jutro. Chodzi o to, żebyśmy odpowiedzieli na proste pytanie: czy wojna może wybuchnąć? Odpowiedź jest zawsze taka sama: tak, może. A skoro tak, to co możemy zrobić, by nie ponieść klęski?

I tu wracamy do poboru powszechnego. Powinien zostać odwieszony?

Pobór powszechny jest jednym z elementów odpowiednich przygotowań. Jeżeli obok wojsk operacyjnych zamierzamy zbudować siły Obrony Terytorialnej, to żołnierzy trzeba wyszkolić. Muszą posiąść kwalifikacje do posługiwania się najprostszą bronią, to znaczy bronią strzelecką i podstawowymi środkami przeciwpancernymi i przeciwlotniczymi. Istnieją dzisiaj takie typy tej broni, które mogą być obsługiwane przez jednego żołnierza i nie wymagają jakiegoś wyjątkowego przeszkolenia. Takich żołnierzy musi być dużo, jeśli mamy bronić całego terytorium. Praktycznie w każdej miejscowości powinna być formacja, która będzie w stanie jej bronić w obliczu ataku nieprzyjaciela. Skąd więc wziąć setki tysięcy takich żołnierzy? Nie jest na pewno tak, że będziemy ich utrzymywać w koszarach. To irracjonalne i niemożliwe. Pozostaje więc takie rozwiązanie, jakie stosują między innymi Szwajcaria, Finlandia czy Szwecja. Tam obok wojsk operacyjnych są jeszcze żołnierze, którzy na co dzień nie pełnią służby. Przez pewien czas doskonalą się na krótkich przeszkoleniach i są mobilizowani wtedy, gdy zagrożenie rzeczywiście się pojawia. Takiego żołnierza można wyszkolić szybko: w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Może być też przeszkolony w miejscu zamieszkania, znika więc w ogóle potrzeba koszarowania.

To jest skuteczne, efektywne i wystarczające rozwiązanie. Powstaje więc pytanie, czy w związku z tym jest potrzebne przywrócenie poboru powszechnego? W moim przekonaniu tak: poboru, który zakłada przygotowanie do służby w Obronie Terytorialnej, z założeniem, że wielkie ilości obywateli przechodzą krótkie przeszkolenie wojskowe w miejscu zamieszkania i znajdują się w jednostkach obrony narodowej powoływanych wtedy, gdy zagrożenie jest realne. Czy to jest możliwe i potrzebne? W moim przekonaniu tak, a nie jest uciążliwe. Spełnia z kolei te warunki, które powinny być spełniane.

Ministerstwo Obrony Narodowej trochę się tym chyba interesuje, coś się już w sprawie Obrony Terytorialnej dzieje.

Ministerstwo raczej zaczęło mówić, że się tym zajmuję. Ja próbuję przekonać MON, żeby ten program, o którym opowiadałem, był realizowany. Przygotowałem nawet specjalny projekt. Mam nadzieję, że uda mi się porozumieć z resortem i projekt ten zostanie wdrożony w życie. Jak na razie jednak przeciwnicy tego typu rozwiązań mają przewagę. Uważają, że wystarczą nam te wojska, jakie dzisiaj posiadamy, oraz oczywiście NATO.

Generał Koziej mówi, że najważniejsza jest obrona przeciwpowietrzna, przeciwrakietowa, systemy rozpoznania, zwiadu, mobilności. A to, co generał wymieniał, mamy chociaż zorganizowane?

Zdaje się, że przetarg na zakup rakiet nie został jeszcze nawet uruchomiony. O czym my tu w ogóle mówimy? Dziękujmy Bogu, że nie ma zagrożenia w przestrzeni powietrznej, bo deklaracjami jej nie obronimy. Potrzebne są bardzo konkretne rzeczy. Mianowicie rakiety, których nie ma, system, który będzie w stanie strącić samoloty przeciwnika, czego też nie ma. Przypominam, że jeżeli agresor będzie chciał nas sobie podporządkować, to będzie dążył do zajęcia terytorium, a nie tylko do zrzucenia nam na głowy rakiet. A żeby to terytorium zająć i je okupować trzeba wejść żywą siłą i zdławić opór tej armii, którą posiadamy. Dlatego proponuję, żeby ubezpieczyć się na taką ewentualność. Ktoś może powiedzieć, że to w tej chwili mało prawdopodobne. Tego nie można jednak wykluczyć i gdyby, nie daj Boże, doszło do takiego scenariusza, to jesteśmy w fatalnej sytuacji. Musimy przygotować nasz system obrony na najgorsze z możliwych ewentualności. Nasz kraj nie będzie okupowany w wyniku samych uderzeń rakietowych.

Dziękuję za rozmowę.

Komentarze (3):

anonim2015.04.17 18:29
Max49 - Coś mi się zdaje, że ty za bardzo wierzysz w żołnierzy rodem z amerykańskich filmów, co to super wyszkoleni - rozwalają wszystko co staje na ich drodze. Ale już Afgańczycy nie oglądali tych filmów i nie nabrali przekonania o niezwyciężoności żołnierza zawodowego, dzięki czemu nie dali się pokonać. Zwróć też uwagę na to co się dzieje na Ukrainie, gdzie po obu stronach walczy się realną bronią a nie przed komputerem. Toczyły się tam zacięte walki, gdzie obie strony wykorzystywały często mało zaawansowaną technologicznie ale jednak skuteczną broń. Do takiej należą np. ręczne zestawy przeciwlotnicze, które praktycznie eliminują możliwość użycia przez drugą stronę śmigłowców. W Polsce mamy dość błędne wyobrażenie o ręcznej broni przeciwpancernej na podstawie prymitywnych granatników rpg, ale już ręczne wyrzutnie pocisków kierowanych Karl Gustaw, są zdolne zwalczać czołgi na dystansie 2 kilometrów i to z dużą precyzją. Tak się składa, że szkoliłem się na czołgistę i to i owo na ten temat wiem, choć są już nowsze techniki zwalczania broni pancernej. Tego rodzaju broń, zdolna zadać duże straty, wcale nie wymaga zaawansowanego szkolenia. Paradoksalnie, najwięcej szkolenia wymagają umiejętności nie wymagające użycia broni - np. działanie w grupie, taktyka pododdziałów itp.
anonim2015.04.17 19:24
Max49 Zaliczyłem w sumie 5 poligonów, ale szkoliłem się na dowódcę czołgu więc to wymagało trochę więcej zachodu. Co zaś do radiostacji czołgowej to, o ile pamiętam, całe szkolenie trwało jakiś tydzień i trzeba się było nią posługiwać. Oczywiście, nie obsługiwałem Igły czy Groma, bo tym się posługuje inny rodzaj wojsk. Ale obsługa Groma czy Stingera z pewnością nie jest nadmiernie skomplikowana, skoro dało się tego nauczyć bosonogich Afgańczyków, którzy skutecznie tą bronią zwalczali sowieckie Lotnictwo. Co zaś do faktycznego szkolenia tych śmiałych zawodowców, to z naszej niezwyciężonej stutysięcznej armii, można realnie w polu użyć jakieś 30-40 tysięcy ludzi. Reszta to rezerwa, tyły, zabezpieczenie, warsztaty, transport itp. Słowem - sami komandosi.
anonim2015.04.18 10:27
Max49 Im dłuższe jest szkolenie i droższy sprzęt, na którym szkoli się żołnierz, tym bardziej się opłaca żeby to był żołnierz zawodowy. W niektórych przypadkach nie ma nawet innej możliwości. Nikt nie proponuje, żeby wprowadzać samoloty na uzbrojenie OT, czy choćby nawet wozy pancerne. Ale proste środki obrony przeciwpancernej czy przeciwlotniczej już jak najbardziej. Ekonomia odgrywa w wojnie bardzo dużą rolę. Wystarczy parę kilo ładunku wybuchowego odpalonego za pomocą telefonu, żeby zniszczyć sprzęt za miliony złotych. Nie mówiąc już o żołnierzach szkolonych całymi latami. Wojna, to nie tylko działania frontowe. Jak zauważył Dobry Wojak Szwejk - z bagnetami można zrobić wszystko, ale nie da się na nich usiąść. Nawet wygrana bitwa i rozgromienie wojska przeciwnika, nie oznacza wygranej wojny. Bo potem trzeba utrzymać zajęte terytorium, a to jest o wiele trudniejsze. Nie udało się to nawet takim potęgom jak USA w Wietnamie, ZSRR w Afganistanie, USA w Afganistanie. Jakieś 7-8 lat temu, Uniwersytet Stanu Georgia ogłosił wyniki badań nad konfliktami w XX wieku. Ze zdumieniem odkryli, że na ponad 140 konfliktów zbrojnych XX wieku, gdzie jedna ze stron miała zdecydowaną przewagę militarną, technologiczną i ekonomiczną, tylko w 40% przypadków strona potencjalnie silniejsza osiągnęła zakładane cele militarne i polityczne. Pozostałe przypadki to są przykłady walki Dawida z Goliatem - która wiadomo jak się skończyła. Tylko, żeby móc się obronić, trzeba się szkolić już dziś a nie wtedy gdy w obliczu konfliktu zostanie nam do obrony garstka żołnierzy zawodowych, bo przeciwnik też ma żołnierzy zawodowych i to w ilości znacznie większej.