Fronda.pl: Biblijna geneza pracy nie jest najszczęśliwsza.
Prof. Jan Kłos*: Nie... dlaczego?
Fronda.pl: "Na początku" człowiek nie musiał "w trudach uprawiać ziemi".
Ale Adam w Raju nie leżał do góry brzuchem, był aktywny. Nazywał zwierzęta, pewnie nawet coś uprawiał – tego nie wiemy. Ostatecznie przecież miał czynić sobie ziemię poddaną. Tylko wtedy jego praca nie wiązała się z trudem. Ta "ciemna strona" pracy - trud, znój, niepewność, zniechęcenie – pojawiła się po grzechu pierworodnym. Człowiek nadal miał czynić sobie ziemię poddaną, tylko to poddanie mu się zaczęło wymykać. Przekleństwem dla człowieka jest świat, który mu się ciągle sprzeciwia.
Apostoł Paweł mówił, że "kto nie chce pracować, niech też i nie je", ale Jezus i apostołowie nie byli wcale wzorami przedsiębiorców. Utrzymywali się z datków, a Jezus uczył, żeby nie martwić tym, co się będzie jeść i pić, bo Bóg dba nawet o lilie polne i ptaki. Jest w tym pewna sprzeczność.
Pani utożsamia pracę z przedsiębiorczością, a według takiego rozumienia ja też nie pracuję. W oczach hydraulika, który naprawia mi instalację, ja jestem leniem, bo pracuję na uniwersytecie dwa dni w tygodniu. Jezus nie był przedsiębiorcą, bo przyszła rzeczywistość, na którą wskazywał swoją działalnością, też nie będzie już czasem zdobywania i przedsiębiorczości.
To dlatego pierwsi chrześcijanie też porzucali swoje zajęcia, sprzedawali wszystko co mieli i czekali na przyjście Pana?
Zauważmy, że także apostołowie w drodze do Emaus nie wszystko jeszcze zrozumieli, mówili: "A myśmy się spodziewali...". Jezus nie był przedsiębiorcą, ale mówił też by "oddać to, co cesarskie cesarzowi, a Bogu, co boskie". I stąd też pracował dla Królestwa Bożego i też był w tej pracy zmęczony, tą ogromną aktywnością.
Wielu ekonomistów twierdziło, że wraz z modernizacją, ludzie będą krócej pracować. Tymczasem spędzamy coraz więcej czasu w pracy.
Niestety, często sami sobie przedłużamy ten czas pracy. Najpierw wydłużyliśmy sobie czas konsumpcji – otworzyliśmy supermarkety siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Ktoś musi pracować w kasach w tych marketach. Człowiek sam się oduczył wolności i odpoczynku. A kiedy mu się o tym mówi, zachowuje się jak dziecko, któremu chce się odebrać niebezpieczną zabawkę. To "zaburzenie" wolności. W życiu jest taki czas, kiedy możesz odpocząć. Jest czas na świętowanie. Ale dzisiaj idziesz do parku i widzisz wielki napis "promocja". I automatycznie - nawet w niedzielę, często nie zastanawiając się, czy to rzeczywiście aż tak korzystna oferta, czy tylko zabieg socjotechniczny - kupujemy.
Wielkie korporacje na jednym piętrze budynku mają biura, na drugim basen dla pracowników, na trzecim przedszkole dla ich dzieci. Jak chrześcijanin ma się odnosić do życia korporacyjnego?
Znaczy, do "mieszkania w pracy"?
Tak to coraz częściej wygląda. Nie tylko zresztą w dużych korporacjach.
Dziwi przede wszystkim fakt, że pracodawcy się na coś takiego zgadzają. Wiadomo, że wydajność pracy jest większa, kiedy pracownik może odpocząć zmieniając na chwilę środowisko, także odpoczywając od relacji w pracy.
Siostra mojej znajomej, która wyszła mąż za Japończyka, opowiadała, że tam nawet nauczyciele wracają do domu o 21. Dla mnie to dość obce kulturowo. Nie wiem, czy te korporacyjne realia to już rzeczywiście nasza sytuacja. Ale jeśli próbować ocenić taką sytuację, to wystarczy wyobrazić sobie, że ktoś nam taką sytuację narzuca. Gdyby to działo się w warunkach niewolnictwa, to byśmy się naturalnie buntowali. Tymczasem teraz człowiek dobrowolnie staje się kołkiem w trybach. Często po prostu nie walczymy o swoją wolność. Bierzemy na siebie dodatkową pracę, choć ta, którą mamy zupełnie wystarczyła nam do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Ale skoro można dorobić, to dorabiamy. I w ten sposób sami zapewniamy sobie długie godziny pracy, nie wiedząc zupełnie po co. Zgubiliśmy podstawowe pytanie: "dlaczego?". Sam fakt, że można mieć więcej, nie jest jeszcze wszystkim i nie powinno decydować o tym, że warto daną rzecz posiadać. Trzeba zapytać, jak to się ma do mojego życia, którego praca jest tylko częścią, i czy jest mi to potrzebne.
Ale szef banku watykańskiego mówił niedawno, że "więcej pracy" to recepta na obecny kryzys.
Formułę "więcej pracy"rozumiem tu nie jako to, że konkretna osoba pracuje, ale że tworzymy więcej miejsc pracy, a zatem podkreślamy ludzką inicjatywę i przedsiębiorczość. Kryzys ekonomiczny to dzisiaj także kryzys moralności. Proszę popatrzeć, na to co się dzieje obecnie w Grecji czy w Portugalii - szybkie kredyty, których "nie trzeba spłacać", reklamy zachęcająco do bezkrytycznego brania kredytów... W kulturze nieograniczonej konsumpcji zapomnieliśmy o odpowiedzialności - o tym, że trzeba na konsumpcję zapracować, i o tym, że za pracę trzeba pracownikowi godziwie zapłacić.
No właśnie, zatrzymanie pensji robotnikom to jeden z grzechów wołających o pomstę do nieba. Dlaczego jest to grzech tak straszny?
To grzech społeczny. Nieotrzymanie zapłaty czyni samą pracę bezsensowną. Myślę, że to zasada, która wywodzi się kulturowo jeszcze ze Starego Testamentu. W kulturze semickiej bardzo ważna była rodzina, którą trzeba było utrzymać. Autor natchniony być może dlatego tak radykalnie stawia problem, by odstraszyć tych, którzy chcieliby żywiciela rodziny pozbawić zapłaty. A zobaczmy dziś, z jaką nonszalancją – nawet w społeczeństwach chrześcijańskich – zatrzymuje się lub redukuje zapłaty, a pracodawca nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia.
Patronem robotników jest św. Józef, a przecież właściwie niewiele wiemy o tym, jak zarabiał na utrzymanie Jezusa i Maryi?
Może właśnie dlatego, że św. Józef jest właściwie jedynym świętym znanym z tego, że nic nie mówił, a pracował (śmiech)... Ale tak poważnie, to jest coś w tym milczącym darze pracy, której może często nie widzimy, a z której owoców korzystamy. Jeden z profesorów opowiadał mi, jak w jego domu rodzinnym ojciec kładł na stole wypłatę i wtedy cała rodzina wiedziała, że to milczący dar jego pracy. Na stole w banknotach krył się dar jego miłości do rodziny. Dlatego św. Józef jest patronem tego wytrwałego trudu, który nie krzyczy, nie opowiada ciągle o tym, co robi, tylko pracuje, a ci którzy z nim żyją, korzystają z owoców jego pracy.
Co dzisiaj mamy świętować 1 maja?
To dobre pytanie. Kiedy święto przestało być oprawione partyjnymi manifestacjami – na których obecność była obowiązkowa, bo inaczej można było mieć później problemy w pracy albo nawet ją stracić – to świętujemy pracę głównie odpoczynkiem od niej. Dobrze, że Kościół próbuje obecnie odnowić chrześcijańskie znaczenie tego święta. To może być czas na przemyślenie pracy – tego, iż trzeba przyjąć to, że czasami jest ona wyjątkowym ciężarem i krzyżem, a zdarza się tak, nawet jeśli jest to praca przez nas wybrana, zdarzają się przecież trudne okresy, słabe wynagrodzenie, trudni zwierzchnicy. To czas na modlitwę za tych, którzy jej nie mają. Zdecydowanie Kościół powinien odnowić patrzenie na prywatnego przedsiębiorcę.
W Kościele brakuje dzisiaj zachęty do uczciwej pracy, do rzetelności i tego, by nie oszukiwać. Mam dla przykładu sąsiadkę, która sprzedaje miód. Kiedyś dała mi do zrozumienia, że ten miód, to "dla znajomych", bo na rynku to ona inny sprzedaje (miód "dla pozostałych klientów"). Po tych słowach przestałem już od niej kupować, ale z sąsiadką spotykam się przecież w jednym kościele. Czyżby nigdy nie słyszała, że – jak czytamy w Piśmie Świętym – należy odmierzać "miarą pełną, dobrze utrzęsioną"? Jeśli dziś w ogóle porusza się ten temat w kościele, to raczej w słowach "o wy biedni oszukiwani" przez rządzących. To tak łatwo pokazywać na "tych tam przy władzy". Tymczasem może trzeba już przestać ludzi głaskać i zacząć mówić im prawdę: "o wy biedni, bo innych i samych siebie oszukujecie!". Praca jest deprawowana nie tylko przez dających pracę, ale i tych, którzy ją nierzetelnie wykonują. W pracy też należy stosować się do Dekalogu.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Agnieszka Jaworska

*Dr hab. Jan Kłos jest profesorem KUL, kierownikiem Katedry Etyki Społecznej i Politycznej, laureatem wielu nagród, m.in. Nagrody im. Michaela Novaka (2006).
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

