Dziennikarstwo w swej klasycznej formie, które istniało jeszcze kilka lat temu, odeszło bezpowrotnie do lamusa. Dziś niektórzy porównują pracę w mediach do najstarszego zawodu świata. 

 

To, do czego posuwa się „Gazeta Wyborcza” zastanawia, jak daleko może sięgać kłamstwo i manipulacja. Nie ma granicy, której nie przesunęliby pracownicy redakcji z Czerskiej. Doszło do tego, że postanowili wziąć udział w zakłóceniu Mszy św., aby zrelacjonować to jako spontaniczny protest rzekomych wiernych biorących udział w modlitwie. 

 

Jak się okazało była to klasyczna ustawka feministek z zaprzyjaźnionym medium. Zamiast modlących się byli aktywiści, zamiast spontaniczności – wyrachowany scenariusz i oczywiście „przypadkowo” obecni tam dziennikarze z góry założonymi tezami. Mało tego, mimo oczywistych dowodów, dziennikarze GW zaczęli zaprzeczać, aby takie zdarzenie miało miejsce.

 

Już widzę to święte oburzenie, gdyby na demonstracji KOD aktywiści młodzieżówki PiS podstawiliby kilku gówniarzy, którzy jako szeregowi członkowie organizacji wszczęliby pyskówkę z Kijowskim o alimentach, a wszystko zostałoby pokazane w TVP1 pod tytułem „bunt w szeregach KOD”. To byłby upadek dziennikarstwa, ale zakłócanie Mszy św. w Kościele to walka o demokrację. 

 

Pamiętam, że gdy zaczynałem pracę w redakcji, dostałem od starszych kolegów kodeks etyczny. Wielu poświęcało mi dużo czasu, aby informacje były rzetelne, wiarygodne, sprawdzone, kompletne i kompetentne. Teraz dominuje amatorszczyzna, kopiuj-wklej, pisanie pod ideologię. 

 

Wiem – zaraz pod tym tekstem pojawią się nowe hejty i podobne zarzuty od tych, którzy nie wiedzą czym różni się np. dziennikarstwo informacyjne, bezstronnie relacjonujące fakty od komentarza czy publicystyki, która wyraża opinie autora. 

 

Ale hejterów także należy zrozumieć. Oni innego dziennikarstwa po prostu już nie znają. Tak jak nie wiedzą, że można debatować różniąc się poglądami, bez bluzgania naswojego adwersarza.

 

Tomasz Teluk