Przemawiam jako benedyktyn, a benedyktyni pochodzą od Benedykta. Po łacinie dictus to powiedziany, orzekany, orzeczony, o którym dobrze mówią, dobrze żyjący, dobrze będący na świecie, ale benedictus – utarło się to potem – to jest błogosławiony i benedictio to jest błogosławieństwo – powiedzieć komuś dobrze, a maledictio – złorzeczenie, czyli mówienie komuś coś złego.
Błogosławcie, a nie przeklinajcie. Kiedy święci się kapłana: sacerdotem enim oportet benedicere – do księdza należy błogosławić. I rodzice błogosławią, i ludzie wzajemnie jeden drugiego potrafią błogosławić, a nie tylko przeklinać. Czasem nie docenia się wagi błogosławieństwa. Błogosławieństwo na końcu Mszy Świętej, błogosławieństwo matki. Jakże często matki robią dzieciom krzyżyk, jakże często ludzie proszą kapłana o błogosławieństwo. Nie tak dawno byłem w Londynie i Polacy poprosili mnie po drodze o błogosławieństwo. Po angielsku nie umiem mówić. I nawet ci, z którymi nie mogłem się dogadać, o innym kolorze skóry, prosili mnie o błogosławieństwo.
W Ameryce mówi się: God bless America – Boże błogosław Amerykę, niezależnie od tego, jaką wiarę się wyznaje. Dobrze mówić, nie złorzeczyć, dobrze życzyć, to ważne dzisiaj, kiedy ludzie wylewają sobie pomyje na głowę, kiedy ostrzegamy naszą młodzież: „Tylko broń Boże nie wyrażajcie się parlamentarnie”.
Dawniej parlamentarne wypowiedzi, to było coś, co było wzorem do naśladowania, w świecki sposób błogosławiono się nawzajem. Nikt nikomu przykrości nie zrobił, a jak powiedział prawdę, to w taki sposób, że absolutnie nie było ubliżenia, nie było obrazy, to było takie świeckie błogosławieństwo.
A dzisiaj broń nas Boże od parlamentarnego zachowania się. Część posłów będzie miała do mnie pretensje, tak jak wtedy, kiedy wypowiedziałem o parlamencie gorzkie słowa, ale muszą znieść niestety tych, którzy psują markę, tak jak my znosimy tych naszych współbraci kapłanów, którzy też nie zawsze przedstawiają kapłanów i kapłaństwo w najlepszym świetle. A my byśmy chcieli, żeby wszyscy byli błogosławieni przez innych. Pamiętam, kiedy rozchorowałem się na płuca, to był rok 1953, musiałem przerwać naukę w seminarium i wyjechać do Otwocka, do „księżówki”, żeby tam odbyć przynajmniej początek kuracji. Pamiętam wagony jeszcze takie stare, z drewnianymi ławeczkami.
Kiedy pociąg ruszył, moja Mamusia, wdowa, która to bardzo przeżyła, stała na peronie i uczyniła nade mną wielki znak krzyża. To mi tak zostało na tę drogę chorowania. Ten znak krzyża dopomógł mi w tym, że dzisiaj do was przemawiam, a to był rok 1953. Błogosławmy dzieci i starszych.
O. Leon Knabit OSB/ps-po
