Fronda.pl: Czy (i kiedy?) dzieciom trzeba powiedzieć, że to nie Mikołaj, ale rodzice i najbliżsi przynoszą prezenty, tak aby nie wyjść na kłamcę?

Tomasz Ochinowski*: To jest świetne pytanie, bowiem takie kłamstwo jest jednym z nielicznych, a może nawet jedynym kłamstwem, które nie ma negatywnych skutków dla rozwoju dziecka, ponieważ jest w pełni uznane kulturowo. W pewnym momencie wierzy się w Mikołaja, a potem już nie. Moim zdaniem, niekoniecznie trzeba dzieci „uświadamiać” na siłę, one w odpowiednim czasie same się o tym dowiadują. Natomiast, kiedy zaczynają pytać, trzeba im powiedzieć prawdę.

Dzieci naprawdę jeszcze wierzą w istnienie św. Mikołaja? (Oczywiście wiem, że tu musimy dokonać rozróżniania między wiarą w Santa Clausa a Mikołaja biskupa)

Świadomość tej różnicy to już jest kwestia ogólnego wychowania religijnego. Oczywiście, jeśli wychowujemy dzieci religijnie, to chyba ważniejsza jest świadomość religijnego wymiaru Mikołaja, niż to, czy on istnieje naprawdę.

Starania (prowadzone na szeroką skalę np. w Niemczech), żeby przywrócić Mikołajowi ten religijny wymiar biskupa, są w moim odczuciu trochę nazbyt akcyjne. Tak naprawdę Santa Claus to jeden z ostatnich elementów kultury chrześcijańskiej w społeczeństwie konsumpcyjnym. Osobiście nie walczyłbym tak bardzo z Santa Clausem, a zamiast tego pogłębiał jego znaczenie.

To byłaby walka z wiatrakami?

Trochę tak, ale raczej nie chodziło mi o to, że na pewno taka walka byłaby przegrana. Po prostu wydaje mi się, że obecność Santa Clausa to jeszcze nie jest najgorsza rzecz, jaka nas spotyka we współczesności. Dla mnie to jest wręcz jeden z ostatnich elementów kapitulacji kultury konsumpcyjnej przez kulturą chrześcijańską, bo tych Świąt nie da się pominąć. Zaś Santa Clausa „wykorzystałbym” jako okazję do opowiedzenia dzieciom historii o „prawdziwym” Mikołaju.

Ale rodzicie raczej „wykorzystują” dziś św. Mikołaja jako takiego „straszaka” na dzieci. „Jak będziesz niegrzeczny, to nie przyniesie ci prezentów”...

Ależ oczywiście, ma Pani rację, to jest wielkie niebezpieczeństwo, nie wiem, czy nie największe. Jeżeli święta odbywają się w atmosferze miłości i są takim znakiem więzi w rodzinie, to nie będzie żadnego problemu, aby powiedzieć dziecku, że obdarowywanie się gwiazdkowymi prezentami to  taki miły zwyczaj, a bliscy, ponieważ bardzo kochają dzieci, udają św. Mikołaja. Natomiast jeśli jest tak, że św. Mikołaj staje się takim „straszakiem”, to rzeczywiście jest problem. Lepiej chyba powiedzieć wtedy dziecku, że to bajka. Jeżeli używa się go do szantażowania niegrzecznego dziecka wizją otrzymania (lub nie) prezentów, to przeciwstawia się to rodzinnemu mitowi obdarowywania przez Mikołaja, ale też samej podstawowej idei religijnej. On dawał prezenty bezwarunkowo.

A jeśli straszy się dziecko, że Mikołaj przyniesie rózgę?

Nawet jeśli dziecko jest jakoś bardzo niegrzeczne, to zawsze trzeba zachować delikatność w tej materii. Jeżeli takie rzeczy mówi się w atmosferze miłości do dziecka, to nic złego się nie dzieje, ale jak Mikołaj staje się takim „dodatkowym pasem” to trzeba to jak najszybciej wytłumaczyć, że to jest mit.

Alex Dammler, psycholog i ekspert od zachowań konsumenckich, stwierdził niedawno, że fontanna gwiazdkowych prezentów może frustrować dzieci, które nie są w stanie „przepracować” tak dużej liczby podarków naraz.

To może być nie tyle przyczyna frustracji, co mniejszego przeżywania szczęścia. Aby temu zaradzić poleciłbym tradycyjne pisanie listów do św. Mikołaja. Moja żona nawet odpisuje na te listy naszym starszym synom i ta korespondencja bardzo ładnie trwa. Chłopcy negocjują z „Mikołajem” szczegóły tych wymarzonych prezentów, a potem jest łut szczęścia, bo te marzenia się spełniają. Oczywiście, nasze dzieci dostają też prezenty – niespodzianki, ale szczegóły tych swoich największych oczekiwań ustalają ze św. Mikołajem. I tu jest świetna okazja, by przemycić zasady dobrego wychowania.

Ale dzieci są obdarowywane prezentami nie tylko przez rodziców, którzy (jako Mikołaje) mogą z nimi ustalać szczegóły prezentów, ale też przez inne bliskie osoby. I to najczęściej one rozkręcają prezentową fontannę. Czy takie obsypywanie prezentami może być uzależniające?

Nie jestem ekspertem w materii uzależnień od zakupów, ale myślę, że dziecko, tak jak i dorosły, podlega temu niebezpieczeństwu. Natomiast taka nieograniczona ilość prezentów, bez miary, przede wszystkim pozbawia dzieci radości z otrzymywania podarków i stąd może powstać uzależnienie. Rzeczy materialne działają jak narkotyk, więc żeby przeżywać szczęście trzeba zwiększać dawkę. I tu jest bardzo ważne zadanie wychowawcze przede wszystkim rodziców (czy też opiekunów), żeby kontaktowali się z tymi, którzy będą obdarowywać ich dziecko prezentami.

Jeżeli zabawki są dawane bez porozumienia z rodzicami, nie ma wspólnego działania dla dobra dziecka, to jest jakiś problem w relacjach w rodzinie, i to jest alarmujący sygnał. Często to się zdarza w rodzinach, które są patologiczne, że przy pomocy dużej ilości prezentów zaspokaja się wyrzuty sumienia. Wtedy jest fatalnie, jeśli prezenty stają się substytutem miłości.

Zalewając dzieci prezentami przysłaniamy im ideę Świąt Bożego Narodzenia?

Oczywiście, że tak, ale dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy nie ma w rodzinie tej szczególnej więzi. Dla dziecka religia wręcz dosłownie jest więzią, jeśli jej nie ma, przez np. wspólne przygotowywanie się do świąt, wspólne uczestnictwo w roratach, wspólną modlitwę, czy samo przebywanie razem, wtedy prezenty stają się tylko takim niebezpiecznym substytutem.

Od małego uczymy konsumpcjonizmu?

Zdecydowanie. Ale to jest zagrożenie, a jednocześnie szansa. Jeżeli prezenty rozdawane są rozumnie, to dziecko można nauczyć świadomych postaw konsumpcyjnych, wybierania pomiędzy różnymi produktami, odpowiadania sobie na pytanie, dlaczego chcę akurat to, a nie tamto. Natomiast takie obdarowywanie bez opamiętania spowoduje, że wychowamy sobie dzieci, które tylko będą chciały prezentów, ale i takie, które będą bezradne wobec reklam.

To lepszy jeden duży prezent czy kilka mniejszych?

Świetne pytanie, ale odpowiedź będzie skomplikowana, bo to zależy nie tylko od indywidualnych potrzeb dziecka, ale też od naszych celów wychowawczych. Nie da się udzielić takiej ogólnej odpowiedzi, myślę, że ważne jest obserwowanie dziecka, zwłaszcza w okolicach przedświątecznych, jakie ma pragnienia, etc. Lepiej nawet pytać nie o to, czego dziecko chce, ale czym się interesuje, jakie są jego pasje. Obdarowywanie świątecznymi prezentami to jedna z nielicznych okazji, kiedy w atrakcyjny sposób można zachęcić dziecko do rozwijania jego pasji.

A możliwe byłyby Święta bez prezentów?

To by było trudne. Cała idea św. Mikołaja polega na tym, że on obdarowywał prezentami. One mogą być nośnikiem głębokich wartości. Wydaje mi się, że są inne okazje, kiedy można ograniczać ilość prezentów. Osobiście z żoną praktykujemy zwyczaj, że zamiast prezentów na Dzień Dziecka w ciekawy sposób spędzamy ten dzień razem. Natomiast obdarowywanie gwiazdkowymi prezentami jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze, więc tutaj nie wprowadzałbym takich restrykcyjnych rozwiązań.

W samej idei prezentów, chyba nie tylko gwiazdkowych, ważne jest nie tylko ich przyjmowanie, ale przede wszystkim obdarowywanie nimi. Czy przyzwyczajone do otrzymywania dzieci można nauczyć dawania?

Szczerze mówiąc, nie wiem, czy Boże Narodzenie jest dobrą ku temu okazją. W te święta to przede wszystkim rodzice obdarowują dzieci. Można natomiast nauczyć je takiej zabawy konwencją. Starsze dzieci mogą na przykład pomóc tym młodszym, które nie umieją jeszcze pisać, w przygotowaniu listu do św. Mikołaja. To też będzie jakiś trud, wysiłek, włożony w pomoc młodszemu rodzeństwu. Taki pierwszy krok, a do uczenia dzieci dawania prezentów jest wiele innych okazji.

A pańskim dzieciom kto przynosi prezenty?

Młodsze postanowiły, że ustawią w tym roku kamerę pod choinka i sprawdzą.

Rozmawiała Marta Brzezińska.

* Dr Tomasz Ochinowski - psycholog społeczny, trener umiejętności społecznych i historyk idei, adiunkt w Zakładzie Socjologii Organizacji Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, wykładowca studiów MBA w Centrum Kształcenia menedżerów przy Wydziale Zarządzania UW. Mówi o sobie „stary ojciec małych dzieci”, których ma troje, a czwarte w drodze na świat.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »