Sytuacja analogiczna do produkcji alkoholu we własnym zakresie i na własny rachunek. Przywilej propinacji nadał Polakom król Kazimierz Wielki i od tej pory przez wieki skrzętnie z niego korzystano. Każda szlachecka rodzina miała własne, pilnie strzeżone, przepisy na trunki, które były oczkiem w głowie gospodyń i biada temu, kto w ramach „szpiegostwa przemysłowego” zdradził by je konkurencji. Produkcja trwała w najlepsze aż do upadku powstania styczniowego. Car, w ramach represji, utworzył państwowy monopol spirytusowy a późniejsze władze wolnej już Rzeczypospolitej skrzętnie z zaborczego zakazu skorzystały widząc w nim możliwość napełnienia zawsze dziurawych, państwowych kieszeni. Prastara tradycja musiała zejść do podziemia, mistrzowie biegli w sztuce destylacji otrzymali pogardliwe miano bimbrowników a policja (milicja) nie ustawała w wysiłkach by ich niecny proceder ukrócić. Rozchwytywani niegdyś specjaliści z dnia na dzień stali się przestępcami.
Obydwa powyższe przykłady dowodzą, że we własnym kraju nie jesteśmy wolnymi ludźmi. Przykłady dwa, ale przy odrobinie uporu można by ich znaleźć setki a może i więcej. Tyle się mówi o niepodległości, suwerenności, prawach i tak dalej, a tymczasem zakazy wprowadzone przez zaborczych władców nadal obowiązują, wolności odebranej nigdy tak naprawdę nie odzyskaliśmy – tej podstawowej wolności, która przejawia się w codziennym życiu. Wolności, która sprawia, że we własnym kraju poczujemy się wreszcie gospodarzami a nie trybami w gigantycznej maszynie zwanej państwem...

