Fronda.pl: Dlaczego pamięć o Kościele prześladowanym jest ważna? Czemu podejmowana jest taka akcja, jak Dzień Solidarności?
Ks. Waldemar Cisło*: Do podjęcia tej inicjatywy w polskim Kościele skłoniły nas zatrważające liczby. Otóż corocznie 170 tys. chrześcijan ginie za wiarę; mówiąc obrazowo – co trzy minuty na świecie zabijany jest chrześcijanin, tylko za to, że tego samego Boga, co my, nazywa Ojcem. Co więcej, prześladowania chrześcijan się nie zmniejszają, ale te statystyki co roku się powtarzają.
Prześladowani chrześcijanie potrzebują naszego wsparcia?
Dokładnie. To są nasi bracia, łączy nas ten sam chrzest, wiara w Jezusa. Jeżeli jesteśmy mistycznym ciałem Chrystusa, to nie możemy pozostawać na to, co się dzieje z naszymi braćmi i siostrami w Chrystusie Panu, biernymi. To jest wręcz wymóg, który wynika z misji, czy nawet struktury Kościoła. Jako mistyczne ciało, naszym obowiązkiem jest zainteresowanie się tym, co dzieje się z naszymi współbraćmi.
W tym roku Dzień Solidarności obchodzony jest pod kątem Iraku. Dlaczego?
W Polsce gości abp Sako z Kirkuku Chaldejskiego. Hierarcha uświadomił nam fakt, że do czasu zbrojnej interwencji wojsk amerykańskich, ale też polskich, w Iraku żyło tam ponad milion chrześcijan. Dziś, według różnych statystyk, jest ich od 200 do 500 tys. Dwa tygodnie temu otrzymaliśmy bardzo smutny dowód na to, że musimy zainteresować się losem tamtejszych chrześcijan, bo dokonano zamachu na katedrę w Bagdadzie, w którym zginęło 56 osób. Wśród nich było dwóch młodych księży. Abp Sako, jako rektor seminarium, był jednym z ich wychowawców. Jeden z tych księży zwrócił się do terrorystów, żeby w zamian za zgromadzonych w kościele ludzi rozstrzelano jego, a ich puszczono wolno. Kiedy jednak to powiedział, zamachowcy rozstrzelali go na oczach wiernych.
Otaczamy prześladowany Kościół modlitwą. Czy tylko w taki sposób możemy pomóc?
Co roku otaczamy modlitwą i naszą pomocą jeden wybrany kraj, bo jest to bardziej wymierne. Zbieramy pieniądze na pomoc dla rodzin, które przebywają w obozach dla uchodźców. Chcemy też w taki materialny sposób wesprzeć ten prześladowany Kościół.
Wspieramy również kształcenie księży. To jest niezwykle istotne w takich krajach misyjnych, gdzie ksiądz to jest osoba, która animuje całą wspólnotę parafialną. Jeśli jest ksiądz, to wspólnota jakoś funkcjonuje. Jeśli go nie ma, to działa stara ewangeliczna zasada – uderz w pasterza, a owce się rozproszą. Seminaria duchowne w Afryce czy Ameryce Południowej borykają się z problemami finansowymi. Tam są powołania, ale może zabrzmi to brutalnie – władze seminariów zwracają się do nas o pomoc, bo inaczej będą musiały odesłać tych wszystkich kleryków do domów.
Czyli oprócz modlitwy ważne jest też materialne wsparcie?
Też. Ale ponadto, ważne jest informowanie. Jako organizacja międzynarodowa podlegająca bezpośrednio Watykanowi idziemy metodą trzech kroków. Pierwszy z nich to właśnie informacja. Wydajemy raporty, organizujemy pobyty świadków Kościoła prześladowanego, takich jak abp Sako.
W tamtym roku obchodziliśmy Dzień Solidarności pamiętając o Indiach. Czy dziś można powiedzieć o jakichś widzialnych efektach tej akcji?
Były pisane protesty, wzrosło zainteresowanie prześladowanymi w Indiach. To jest to, co podkreśla abp Sako – czasem ważna jest sama świadomość tego prześladowanego Kościoła, tego, że chrześcijanie składają tam daninę krwi. Ważne jest, by pokazać tym ludziom, że ktoś o nich myśli, że nie są zapomnianą wspólnotą. Z kolei w tym roku w niektórych miastach Europy zorganizowano marsze przeciwko prześladowaniom chrześcijan, a więc wzrasta świadomość tego problemu i to jest sukces.
Musimy mówić głośno o prześladowanym Kościele?
Zdecydowanie tak. O Kościele mówi się tylko źle, słyszymy tylko negatywne słowa. A bardzo rzadko się mówi, że również dziś Kościół jest wiarygodnym świadkiem miłości Chrystusowej, nawet jeśli jest Kościołem cierpiącym.
Czy Dzień Solidarności w Polsce wpisuje się jakoś w działanie Kościoła powszechnego?
Zdecydowanie tak, ważne jest podkreślenie ogólnokościelnego wymiaru naszej akcji. Niedawno skończył się synod biskupów dla Kościoła Wschodu. Polski Dzień Solidarności włącza się w rytm tego Kościoła powszechnego. Warto jednak pamiętać, że Kościół w Polsce jest jedynym lokalnym Kościołem, który podejmuje te działania na taką skalę.
Chrześcijanie w Polsce nie borykają się z problemem prześladowań. Jakie znaczenie może mieć dla nas obchodzenie Dnia Solidarności?
Przede wszystkim jest to wymiana darów pomiędzy Kościołami, tym prześladowanym i tym w Polsce. Dla nas może to być uświadomienie sobie, ile kosztuje wiara. Nie zastanawiamy się nad tym, bo nie musimy, ale dla niektórych wiara to sprawa życia i śmierci. Ci prześladowani chrześcijanie motywują nas do zastanowienia się, na ile poważnie i na ile serio my traktujemy naszą wiarę, bo dziś wielu naszych braci musi płacić daninę życia, żeby pozostać wiernymi Chrystusowi.
Jest to również świadomość, że wolność religijna to nie jest coś, co jest dane raz na zawsze, ale coś, o co musimy się troszczyć. Nie wszędzie jest tak, że od razu się zabija chrześcijan. W wielu krajach europejskich mamy do czynienia z takim testowaniem granic, jak daleko można się posunąć. Proszę zobaczyć, jak często profanowany jest krzyż. Nie widzę natomiast, żeby był profanowany półksiężyc albo gwiazda Dawida. To daje do myślenia – dlaczego tylko jeden symbol religijny może być profanowany bezkarnie i to z przemyślaną strategią, a dlaczego inne religie są wolne od prześladowań. I nad tym trzeba się zastanowić.
Jeśli będziemy milczeć i nie będziemy reagować, to takie sytuacje będą zdarzać się częściej?
Oczywiście. Trzeba reagować na choćby najmniejsze przejawy profanacji, lekceważenia wiary, bo będą coraz śmielsze kroki. Bądźmy tego pewni.
Przykład Kościoła prześladowanego, choćby tego w Iraku, powinien nas obudzić z letargu. Obyśmy nie obudzili się za późno…
Rozmawiała Marta Brzezińska
*Ks. Waldemar Cisło – dyrektor polskiej sekcji Pomocy Kościołowi w Potrzebie
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
