Gazecie o planach „terrorysty” miał powiedzieć któryś z przedstawicieli sejmowej speckomisji do spraw specsłużb, która to zebrała się na tajnym posiedzeniu w równie tajnej siedzibie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Podobno miało by to wzmocnić „efekt chaosu w kraju, do jakiego zamachowiec chciał doprowadzić”. Rzeczywiście, świat bez „Kropki nad i” to chaos przeogromny, armagedon niemalże wraz z końcem świata i trąbami wzywającymi na sąd ostateczny. Ale prezydent (prezydencja) stolicy? Przecież to ona jest największą specjalistką od chaosu, gdyby polski Breivik usunął ją z tego padołu łez przy pomocy beczki materiału wysokoenergetycznego to chaos raczej by się zmniejszył. Pokrętna logika dowodząca dobitnie niepoczytalności bohatera afery bombowej. No ale cóż, jaki prezydent (prezydencja), taki...

 

Ale bądźmy poważni, sprawa wymaga głębszego zastanowienia się i pochylenia. „Gazeta Wyborcza” ujawnia też, że wszyscy członkowie speckomisji – bez względu na przynależność partyjną – po zapoznaniu się z materiałami zebranymi przez dzielnych agentów specjalnych pozbyli się wątpliwości i uznali, że Brunon K. stanowił rzeczywiste zagrożenie a życie ich i ich sejmowych kolegów było w poważnym niebezpieczeństwie. Nie wiem ile procent miały te materiały , ale moc musiały mieć piorunującą – takiego porozumienia ponad podziałami chyba nikt się nie spodziewał. Z drugiej jednak strony reakcja posłów jest całkiem logiczna. Sejm uznawany jest przez większość społeczeństwa za cyrk, zasiadający w nim przedstawiciele narodu odbierani są jako clowni, trzeba było szybko coś zrobić by tę opinię zmienić. Zamachowiec spadł im jak z nieba, zagrożenie życia a nawet immunitetu to jest coś, uśmiech losu i wygrana na loterii, pozwalająca choć na chwilę odsunąć zainteresowanie motłochu od idiotyzmów wygadywanych w mediach i z sejmowej trybuny.

 

Zastanawia mnie jeszcze jeden, całkiem już drobny, fakt. Dlaczego na liście Brunona K. znalazła się akurat Monika Olejnik a nie Adam Michnik? Dlaczego redaktorzy z Czerskiej nie poszli na całość i nie zrobili ze swojego oberredaktora człowieka zagrożonego, który mimo niebezpieczeństwa trwa na posterunku i niesie narodowi kaganek (czyt. kaganiec) oświaty? Czyżby zdawali sobie sprawę, że i tak nikt by w to nie uwierzył dopóki w sądzie nie znalazłby się pozew przeciwko terroryście, który ośmielił się podnieść rękę na pomnik polskiego dziennikarstwa?


Alexander Degrejt