Petar Petrović: Zdaniem wielu ekspertów, ostatnie wydarzenia na Kaukazie przypominają scenariusz, który poprzedził agresję Rosji na Gruzję 8 sierpnia 2008 roku. Niedawno zakończyły się rosyjskie manewry Kaukaz 2009. Zeszłoroczne, mające miejsce zaraz przed wybuchem konfliktu, Kreml wykorzystał do przerzucenia dodatkowych żołnierzy i pojazdów. Władze Abchazji, którym wtórują rosyjscy generałowie, oskarżają Tbilisi o wysyłanie nad swoje terytorium samolotów szpiegowskich i prowadzenie przygotowań do wojny. Rosjanie zawetowali niedawno rezolucję przedłużającą misję międzynarodowych obserwatorów na terenach Abchazji i Osetii Południowej. Czy wciąż istnieje niebezpieczeństwo ponownego wybuchu konfliktu w Gruzji?
Prof. Włodzimierz Marciniak: Na podstawie przesłanek, które pan wymienił, wielu specjalistów twierdziło, że wojna jest raczej nieuchronna i najprawdopodobniej dojdzie do niej na początku lipca, być może tuż po wizycie Obamy w Moskwie. Sytuacja na Kaukazie, w porównaniu do zeszłego roku, uległa jednak gwałtownej zmianie. Mamy bowiem do czynienia ze wzrostem napięcia w regionie Kaukazu Północnego, co powoduje zwiększenie zależności pomiędzy sytuacją w Gruzji i wokół tego kraju, a sytuacją w Czeczenii czy Inguszetii. Gdyby doszło do interwencji zbrojnej przeciwko Gruzji to mogłoby równolegle dojść do wybuchu konfliktu i w innych częściach Kaukazu Północnego. Na uwagę zasługuje też z pozoru nieznaczne wydarzenie, jakim było spotkanie prezydenta Michaela Saakaszwilego z prezydentem Armenii Serżem Sarkisjanem w Erewaniu, podczas którego prezydentowi Gruzji zostało wręczone najwyższe odznaczenie ormiańskie. Ponieważ Armenia jest jedynym naturalnym sojusznikiem Rosji w tym regionie, można odczytywać to jako bardzo wyraźny sygnał, że przynajmniej część władz w Moskwie nie jest zainteresowana wojną albo, że z punktu widzenia interesu Armenii taka wojna jest wysoce niepożądana.
Czy Rosjanie nadal będą starali się doprowadzić do ustąpienia prezydenta Saakaszwilego?
W zeszłym roku Moskwie nie udało się osiągnąć swojego najważniejszego celu, jakim było jego obalenie. Dyplomacja rosyjska była w stanie uzyskać poparcie dla takiego celu części państw europejskich, o czym świadczyły wypowiedzi prezydenta Sarkozy’ego, bądź premiera Berlusconiego. Rozwój sytuacji w ostatnich miesiącach pokazał jednak, że nie ma w tym kraju żadnej liczącej się opozycji, na której Kreml mogłaby się oprzeć. Prezydentura Saakaszwilego sama przez się nie jest jakąś istotną wartością. Zapewne społeczeństwo gruzińskie mogłoby temu politykowi przedstawić całą listę uzasadnionych pretensji. Gdyby jednak taka zmiana nastąpiła, to wcale nie oznaczałoby to, że na czele państwa gruzińskiego stanąłby polityk prorosyjski. Najprawdopodobniej takiego w Gruzji już nie ma, co jest jedną z "zasług" rosyjskiej polityki. Rosjanie musieliby podbić Gruzję i osadzić marionetkę, w rodzaju ściganego listami gończymi i ukrywającego się w Moskwie Igora Giorgadze. To jest operacja o bardzo poważnych kosztach i następstwach, jeśli w zeszłym roku można było, od biedy, mówić o jakimś pretekście, to w tym roku, już takiego pretekstu nie ma. Byłaby to więc, używając określenia użytego przez politologa Andrieja Piontkowskiego, "czysto hitlerowska wojna".
Niedawno Komisja Obrony brytyjskiej Izby Gmin zaapelowała do NATO i Unii Europejskiej o podjęcie twardych działań wobec Rosji i zmuszenia jej do wycofania wojsk z terytorium Gruzji. Czy uważa pan, że Zachód może wymóc na Rosji podobne rozwiązania, że wyciągnął odpowiednie wnioski z zeszłorocznego konfliktu?
To zależy od tego co rozumiemy przez "twarde działania". Oczywiście musimy zdawać sobie sprawę, że nikt nie udzieliłby Gruzji poparcia zbrojnego. Jeśli Rosja zdecydowałaby się na siłowe rozwiązanie to oznaczyłoby, że bierze na siebie ciężar, który nie jest w stanie udźwignąć. Już i teraz ma sporo kłopotów wynikających z uznania na własną rękę Osetii i Abchazji. Będzie się z tym problemem borykać jeszcze przez wiele lat, nie uzyskując przy tym żadnego poparcia i akceptacji na arenie międzynarodowej. Prawdopodobnie w obszarze bezpośredniego zainteresowania Zachodu nie jest cała Gruzja tylko jej część związana z planami tranzytu ropy i gazu. Przyspieszenie prac nad projektem gazociągu Nabucco jest kolejną porażką Moskwy. Wydaje się, że następuje wyraźne zmniejszenie zainteresowania administracji amerykańskiej sprawami Europy. Niedawny list znanych polityków z Europy Środkowo – Wschodniej do Obamy, w którym skarżą się oni, że USA nie wykazuje należytego zainteresowania tym regionem, to potwierdza.
Nabucco jest zagrożeniem dla hegemonii Gazpromu w Europie. Czy Zachód zdał sobie w końcu sprawę, że uzależnienie się od rosyjskich dostaw jest bardzo niebezpieczne? Czy Rosja może dążyć do destabilizacji sytuacji w Gruzji po to by uniemożliwić realizację tego projektu?
Gazprom jest w tej chwili w bardzo trudnej sytuacji i to nie ze względu na politykę "antygazpromowską", tylko ze względu na kryzys. Mówi się, że jego eksport spadł w ostatnich miesiącach o prawie połowę, ceny się obniżyły, chociaż mogą zacząć rosnąć od jesieni tego roku, ale zapewne nie osiągną wcześniejszego pułapu. Warto podkreślić, że spadł import do Europy Zachodniej tylko i wyłącznie z Rosji, natomiast dostawy gazu z innych kierunków wzrosły. Odbiorcy zachodnioeuropejscy doszli do wniosku, że Gazprom jest po prostu niewiarygodny i jest bardziej decyzja biznesowa niż polityczna, a przez to tym bardziej poważna. Niedawno Rosjanie opublikowali raport na temat możliwości gwałtownego spadku wydobycia gazu w tym kraju, co można potraktować jako zawoalowaną formą szantażu, mającą na celu zwiększenie ceny za ten surowiec. Przed taką sytuacją przestrzegano już dobrych kilka lat temu. Kraj ten ma dziś mniejsze możliwości blokowania projektu Nabucco, także ze względu na niezwykle trudną sytuację ekonomiczną Gazpromu. Kolejna wojna na Kaukazie być może nie byłaby politycznie istotna, natomiast byłaby bardzo dotkliwa gospodarczo. W maju i w czerwcu tego roku, rosyjscy oligarchowie zaczęli gwałtownie wyzbywać się swoich aktywów i inwestować je w nieruchomości, czyli coś, czego w wypadku kryzysu nikt ich nie pozbawi. Wydaje się, że niebezpieczeństwo wojny było, ale wiązało się ono z bardzo dużym ryzykiem ekonomicznym i to nawet nie tyle dla państwa rosyjskiego, ile dla poszczególnych przyjaciół i znajomych premiera Putina.
Niektórzy eksperci twierdzą, że rosyjska gospodarka nie zniosłaby kolejnej wojny, inni uważają, że dzięki nowemu konfliktowi Kreml może starać się odwrócić uwagę swojego społeczeństwa od skutków kryzysu.
Załamanie w gospodarce rosyjskiej zaczęło się na początku zeszłego roku, a znaczny spadek produkcji przemysłowej zaczęto odnotowywać w styczniu 2008 roku. W zeszłym roku Rosja zdecydowała się na rozpoczęcie wojny w czasie postępującego kryzysu, pierwsze załamania na giełdzie moskiewskiej miały bowiem miejsce już w czerwcu, lipcu. Decyzja ta była zapewne formą oddziaływania na społeczeństwo w taki sposób, żeby poprzez wzrost nastrojów patriotycznych zamortyzować pierwsze skutki kryzysu. Z tego punktu widzenia wojna nie jest jakimś istotnym kosztem. Pamiętajmy, że w działaniach zbrojnych przeciwko Gruzji Rosjanie nie używali nowoczesnego sprzętu, chociaż straty, rzeczywiście, w stosunku do siły przeciwnika były znaczne. Utracono sporo czołgów, pojazdów opancerzonych, kilka samolotów, ale było to w większości przestarzałe uzbrojenie. Patrząc przez ten pryzmat możemy uznać, że ten konflikt zbytnio Moskwy nie obciążył. Gospodarka rosyjska nie jest jeszcze w tak złym stanie, żeby nie móc toczyć ograniczonymi siłami wojny przeciwko niewielkiej Gruzji.
Prezydent Rosji złożył niedawno wizytę w Osetii Południowej i po raz kolejny dał do zrozumienia, że region ten jest suwerennym państwem i że Rosjanie będą bronić jego niezależności. Czy Gruzja na zawsze utraciła separatystyczne republiki?
Abchazja i Osetia Południowa zostały de facto oderwane od Gruzji już w pierwszej połowie lat 90. W tej chwili zmiana polega tylko na tym, że jeśli wcześniej stan tymczasowy był regulowany porozumieniami rosyjsko - gruzińskimi, to teraz nie jest. Obecnie, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, jest to stan całkowicie nielegalny. Rosja uznała formalnie niepodległość tych państw i odeszła od jednej z zasadniczych reguł polityki stosowanej na obszarze postsowieckim, polegającej na uznaniu nienaruszalności granic dawnych republik związkowych. Jest to jedna z przyczyn, dla których żaden z sąsiadów Rosji nie poparł niepodległości obu republik. Wydaje się, że Gruzja powinna konsekwentnie stać na stanowisku nielegalności istniejącego stanu rzeczy i uznawać Abchazję i Osetię Południową za część własnego terytorium, tymczasowo okupowanego przez Rosję. Tbilisi musi czekać i liczyć na to, że w przyszłości dojdzie do odmiany koniunktury, co pozwoliłoby na przeprowadzenie reintegracji. Gruzja powinna wzorować się na Niemczech Zachodnich, które stały na stanowisku konstytucyjnej jedności państwa niemieckiego pomimo istnienia NRD. Musi prowadzić bardzo pryncypialną politykę prawną, ale jednocześnie dosyć elastyczną politykę realną.
Jakie miejsce w polityce amerykańskiej zajmuje Gruzja?
Kaukaz nie jest priorytetem amerykańskiej polityki, gdyż dla Białego Domu ważniejszy jest Bliski Wschód, Iran, Afganistan, Irak i Korea Północna. Wynika to z geopolityki, a nie ze zmian politycznych w samym Waszyngtonie. Patrząc przez ten pryzmat należy uznać, że podczas ostatniej wizyty Baracka Obamy w Moskwie, prezydent USA zrobił dużo dla Gruzji. W czasie konferencji prasowej powiedział, że rozmawiał z Miedwiediewem na temat obecnej sytuacji w tym kraju i że otrzymał od prezydenta Rosji pewne "zapewnienia". Oznacza to, że nie tylko ograniczył się do formalnego poparcia dla integralności terytorialnej tego kraju, ale zapewne podjął problem ewentualnej napaści na niego.
Kilka dni później wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden odwiedził Kijów i Tbilisi. Jak pan ocenia rezultaty tej podróży?
Podczas obu wizyt Joe Biden uczynił chyba maksimum gestów dotyczących zarówno wsparcia tych państw, jak również poparcia dla polityków uznawanych za proamerykańskich. Bardzo charakterystyczna była jego wypowiedź skierowana do matki Micheila Saakaszwilego, by chroniła swojego syna, ponieważ będzie on jeszcze potrzebny. Te symboliczne gesty nie zmieniają jednak odległości w kilometrach od Tbilisi do linii stacjonowania wojsk rosyjskich. Mimo to administracja amerykańska wysłała wyraźny sygnał, że swoje stosunki z państwami postsowieckimi będzie budowała według własnego uznania i że nie będzie w jakiś specjalny sposób uwzględniała stanowiska rosyjskiego.
Co konkretnego, oprócz symbolicznych gestów, przyniosła amerykańska inicjatywa?
W pewnych punktach polityka amerykańska jest twarda i dlatego nie ma mowy o jakimkolwiek uznaniu w sensie politycznym i prawnym skutków agresji na Gruzję. Jest to w tej chwili kwestia kluczowa, a skutkiem praktycznym jest choćby deklaracja prezydent Białorusi, który uznał za stosowne poinformować obywateli swojego państwa, że do Abchazji powinni jeździć przez Gruzję a nie przez Rosję. Jedynym praktycznym efektem wizyty Bidena jest poparcie Stanów Zjednoczonych dla przedłużenia misji obserwatorów Unii Europejskiej, którzy znajdują się po gruzińskiej stronie linii rozgraniczającej wojska gruzińskie i rosyjskie i wyrażenie gotowości skierowania tam grupy własnych obserwatorów. Wydaje się, że jest to w tej chwili najdalej idąca forma międzynarodowego poparcia dla integralności terytorialnej Gruzji. Oczywiście z gruzińskiego punktu widzenia celem maksymalnym jest reintegracja, ale jest to perspektywa niezwykle odległa.
Rozmawiał Petar Petrović, dziennikarz Polskiego Radia i współpracownik portalu Fronda.pl.
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




