Portal Fronda.pl: Minister Antoni Macierewicz ogłosił wczoraj decyzję o powołaniu nowej komisji ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej. Pani przyjęła tę decyzję z zadowoleniem?

Magdalena Merta: Decyzja ministra nie była dla nas zaskoczeniem. Byliśmy uprzedzenie, że zostaną podjęte takie kroki. Uważamy je za słuszne i właściwe. Pięć lat monitorowaliśmy to, jak wyjaśniano katastrofę 10 IV 2010 roku. Nie bez powodu nazywaliśmy to wszystko kłamstwem smoleńskim. Widzieliśmy wiele zafałszowań w oficjalnej, podanej do publicznej wiadomości wersji. Ponowne zbadanie katastrofy – i to od samych podstaw, od pierwszych rosyjskich kłamstw – jest koniecznością. Bardzo cieszymy się, że doczekaliśmy momentu, w którym u władzy znalazła się siła polityczna wykazująca wolę badania tego, co stało się w Smoleńsku.

Minister Macierewicz motywując swoją decyzję wskazywał na ogrom zaniechań, jakich dopuściły się instytucje państwowe badające katastrofę. Jakie są Pani zdaniem najważniejsze z tych zaniechań czy wręcz zafałszowań?

Po pierwsze to nieumiejętność wymuszenia na Rosji zwrotu wraku. To podstawowy w naszym przekonaniu dowód w tej sprawie. Po drugie – zdecydowana niechęć, żeby nie powiedzieć paniczny lęk, do współpracy z międzynarodowymi instytucjami badającymi katastrofę. Pamiętamy, jak skończyła się dla prokuratora Marka Pasionka próba pozyskania materiałów amerykańskich [Pasionka w 2011 roku zawieszono w czynnościach służbowych i odsunięto od nadzorowania postępowania smoleńskiego. Prokuratura postawiła go przed sądem. Pasionek został ostatecznie uniewinniony - red.].

Co jeszcze?

Tendencyjnie dobierano materiały, tak, by bronić wersji rosyjskiej. Wykorzystywano materiały, które choć pochodziły z tego samego samolotu, to nie dały się ze sobą w ogóle pogodzić. Posiłkowano się zrzutami ze skrzynek, które z całkowitą niemal pewnością zostały zmanipulowane przez Rosjan. W ogóle nie były kompatybilne z tym, na co wskazywała skrzynka amerykańska. Rozbieżności ustaleń zespołu Antoniego Macierewicza oraz komisji Millera wynikały z tego, że komisja Millera uwierzyła materiałom, jakie Polsce przekazała Rosja. A wierzyć nie należało. Dwadzieścia miesięcy po katastrofie dokonano pierwszej ekshumacji - ministra Wassermana - i już wtedy dowiedzieliśmy się, jak bardzo mogą być sfałszowane rosyjskie dokumenty. Rosjanie podchodzili do materiałów niezwykle nonszalancko. Tuż po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych prokuratura wdrożyła śledztwo na temat zafałszowania dowodów rzeczowych dokonanego przez Rosjan. Zabrali się do tego 5 i pół roku po katastrofie, a dowody na to, że tak było, mieli już 20 miesięcy po katastrofie! Prokuratura zadziałała zdecydowanie za późno, choć cieszy, że w ogóle wszczęto śledztwo. Weryfikacja tego, co przekazano Polsce z Rosji, jest niezwykle ważna. Należy tym materiałom przyglądać się z ogromną ostrożnością i krytycyzmem.

Zakłamaniu śledztwa towarzyszyła też zjadliwa pogarda szerzona tak przez przedstawicieli instytucji państwowych, jak i popierających władzę elit. Czy dzisiaj ta aura zniknęła, dostrzega Pani zmianę w instytucjach państwowych?

Na pewno zmieniło się nastawienie prokuratury, która natychmiast po wygranych przez PiS wyborach wdrożyła śledztwo, co do którego miała pewność, że jest konieczne, ale nie miała woli, żeby je przeprowadzić. Prokuratura jest już dzisiaj inną instytucją. Tak samo MON z ministrem Macierewiczem na czele – choć trzeba przyznać, że za ministra Siemoniaka i tak było lepiej, niż za Klicha. Nie najlepiej, ale była dobra zmiana, bo gorzej od Klicha nikt już nie mógł wypaść, nawet Siemoniak. Podkreślam przy tym, że podczas gdy w ostatnich latach boleśnie odczuwaliśmy wrogość państwa, to ani przez chwilę nie mieliśmy poczucia, że mamy przeciwko sobie naród. Naród był zawsze z nami. 10. każdego miesiąca przekonywaliśmy się, jak bardzo nasza tragedia jest tragedią narodową. Nigdy nie zapomnimy rodakom tego, jak mocno nas wspierali przez te ponad pięć lat, nawet wtedy, gdy zdradziło nas państwo.

Patrzy dziś Pani w przyszłość z nową nadzieją?

Ze znacznie większą nadzieją, niż patrzyłam przez ostatnie lata. Wcześniej miałam wrażenie, że idziemy szlakiem rodzin katyńskich i tak jak one będziemy czekać kilkadziesiąt lat na oficjalne ogłoszenie prawdy. W chwilach dużego braku wiary myślałam, że jesteśmy jak rodzina Olewnika, że nigdy nie ustąpimy, nie odpuścimy dążenia do prawdy, ale wszyscy będą nam to utrudniać, kłamać i mataczyć, a w walce zostaniemy sami. Dzisiaj postrzegam to oczywiście bardziej optymistycznie. Mam wreszcie państwo po swojej stronie. 

Rozmawiał Paweł Chmielewski