Maziarski nie bawi się w niuanse, ale jednoznacznie zarzuca ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu „łganie”. Dlaczego? Bo rzekomo „łgał” on, że w relacjach ukraińsko-polskich chodzi mu o prawdę (która zresztą wcale nie jest potrzebna, jak podkreśla Maziarski, bo „czasem trzeba ją odsunąć na bok”). Ale nagle Maziarski odkrył, że wcale nie o nią chodzi, a o naruszenie największej świętości, czyli o zmianę linii politycznej Giedoycia-Michnika-Geremka. I w związku z tym rozsierdził się straszliwie.
„W tym tygodniu ks. Isakowicz-Zaleski wyjawił, o co w istocie chodzi. Nie o żadną prawdę, lecz o zmianę linii polityki zagranicznej Polski, która - jego zdaniem - jest "ślepą uliczką wytyczoną przez Jerzego Giedroycia, Adama Michnika i Bronisława Geremka" – oznajmił Maziarski. I wszystko byłoby super, gdyby nie pewien drobiazg. Otóż podobną opinię o polityce wobec Ukrainy (którą reprezentował nota bene także śp. prezydent Lech Kaczyński) ks. Isakowicz-Zaleski prezentował od wielu lat, w wielu miejscach. Nie jest więc ona nowa.
Nigdzie też, wbrew sugestiom Maziarskiego, nie ma w wypowiedziach duchownego, choćby sugestii, że mamy odbierać Kresy, brak tam też choćby wspomnienia o tym, że mamy zaprzestać dobrych gestów wobec Kijowa. Ks. Isakowicz-Zaleski apeluje tylko o tym, by na ołtarzu pojednania nie składać prawdy i uczuć potomków ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Tylko tyle, ale to jak okazuje się za dużo dla Maziarskiego i jego brygady, którą trzeba by zapytać, czy ich zdaniem narrację o Jedwabnem też trzeba odsunąć na bok?
TPT/Wyborcza.pl
