A przy okazji poszedł jeszcze dalej w rzucaniu epitetami. Talibów zastąpili teraz „ajatollahowie” (to o mnie) i „zakute łby” (to o przeciwnikach in vitro). Ale najmocniej obrywa się nie konserwatystom, ale katolikom umiarkowanym, tym, co wciąż chcą prowadzić dialog ze światem, wierzą w możliwość porozumienia. Ich Lis miesza z błotem, pisząc, że są to „tzw. znawcy Kościoła, specjalizujący się od kasowania z dwóch stron, od zakrystii, jako wzorowi katolicy, i z komercji, jako otwarci na liberalny świat i gotowi głosić w nim chwałę Pana”.
„To ja już wolę ajatollaha Terlikowskiego niż tych załganych pseudoliberalnych pseudodoktrynalnych, dwie piersi ssących liberalnych katolików. Z Terlikowskim dzieli mnie wszystko, nie jest on jednak przynajmniej kuriozalnym dwulicowcem, takim co poglądy ma wypośrodkowane, co pozwala mu pozować na arbitra elegantiarum” - kontynuuje Lis, a dalej przekonuje, że już niebawem jego radykalne poglądy, lewacka agenda, którą prezentuje „Newsweek” staną się w Polsce normą. I wtedy, czego Lis już nie napisał, ani dla ajatollahów ani dla „załganych dwulicowców” nie będzie już w naszym kraju miejsca.
Tomasz Lis nie pozostawia najmniejszych wątpliwości, że strategia obrana (wierzę, że szczerze) przez dialogicznych katolików poniosła klęskę. Lewica, obóz postępu nie chce rozmowy, nie chce budowania wspólnej Polski, on chce zniszczyć Kościół i uniemożliwić ludziom wierzącym normalne funkcjonowanie. To jest wojna o przeszłość Polski, w której obóz lewicy nie bierze jeńców, ale niszczy wszystko, co prezentuje obce mu wartości. Zaczyna oczywiście od ajatollahów, ale kończy na tych, z którymi jeszcze niedawno było mu po drodze. I dobrze, że Lis to pokazał aż tak dobitnie.

