"Za rządów PiS wizyta prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu była przez Biuro Ochrony Rządu gorzej zabezpieczona niż ta w 2010 r. - wynika z materiałów, które odtajnił szef BOR" - donosi dzisiaj gazeta Adama Michnika.

 

Czy w tej narracji nie czuć nuty satysfakcji z faktu, że znalazł się kolejny pretekst, aby zatuszować odpowiedzialność obecnej ekipy rządzącej za to, co stało się 10 kwietnia 2010 roku? Trudno się dziwić, skoro w ręce niezawodnego - jak zwykle - red. Czuchnowskiego wpadła, sporządzona zaraz po wizycie Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 17 września 2007 r., teczka nr 285 dokumentująca podróż śp. prezydenta.

 

"We wrześniu 2007 r. funkcjonariusze Biura nie tylko nie weszli na lotnisko w Smoleńsku, ale nie zrobili też rozpoznania w miejscach, które miał odwiedzić prezydent. Nie sprawdzili tras przejazdu ani składu kolumny pojazdów z delegacją. Rosjanie nie przyznali im częstotliwości radiowej, na której mogli się porozumiewać" - czytamy w "Wyborczej".

 

Wszystko pięknie: nie miejcie, ciemnogrodzianie, pretensji do rządu Platformy, bo za czasów rządy PiS-u było jeszcze gorzej. Tyle tylko, że podczas prezydenckiej podróży w 2007 r. nikt nie zginął. Ale to pewnie tylko taki nieistotny szczegół. W końcu kto przejmowałby się takimi detalami w obliczu możliwości dokopania "Kaczorom". Nawet w przypadku, gdy jeden z braci Kaczyńskich już nie żyje.

 

Aleksander Majewski