Tego wywiadu nie da się czytać bez przerażenia. Pokazuje on bowiem, dokąd może zaprowadzić błyskotliwego teologa pycha rozumu. Hans Küng, jak wynika z tej rozmowy, nie ma już nic wspólnego z katolicyzmem czy nawet chrześcijaństwem. Zamiast nich wyznaje jakąś dziwaczną formę religii, z której nie wynika obowiązek służenia Bogu, i która jest uwielbieniem samego siebie. Najmocniejsze fragmenty dotyczą jednak eutanazji.

- Dla mnie życie jest darem od Boga. Ale Bóg dał mi je na moją odpowiedzialność. To dotyczy również ostatniej fazy życia, czyli umierania. Biblijny Bóg jest Bogiem miłosierdzia, a nie okrutnym despotą, który chce jak najdłużej oglądać człowieka w piekle jego bólu. Pomoc w umieraniu może więc być ostatnią możliwą pomocą życiową – oznajmia Küng. I dodaje, że Kościół w kwestii oceny mordowania chorych i cierpiących popełnia ten sam błąd, który popełniał w kwestii antykoncepcji i in vitro. - Hierarchia kościelna, która tak bardzo pomyliła się w kwestii antykoncepcji i sztucznego zapłodnienia, popełnia teraz te same błędy przy problemach końca życia. W XXI wieku nasza sytuacja zmieniła się w sposób zasadniczy. Sto lat temu średnia oczekiwana długość życia wynosiła 45 lat. Ja mam teraz 85 lat, ale jest to sztuczne wydłużenie mojej egzystencji – dzięki dziesięciu tabletkom dziennie oraz postępowi higieny i medycyny – dodaje.

- Mam przygotowaną deklarację pacjenta z prośbą o niepodejmowanie uporczywej reanimacji i od niedawna jestem członkiem organizacji pomocy w umieraniu. Nie oznacza to, że dążę do śmierci na życzenie. Ale w przypadku, gdyby moja choroba się pogorszyła, chcę mieć gwarancję, że umrę w sposób godny. Nigdzie w Biblii nie jest napisane, że człowiek musi wytrzymać aż do przeznaczonego mu końca. Co jest nam przeznaczone, a co nie, pozostaje przed nami ukryte – podkreśla Küng, jakby zapominając, że jednym z największych grzechów chrześcijaństwa jest odmowa służenia Bogu, czyli właśnie samobójstwo.

Küng nie ma jeszcze przygotowanej „liturgii umierania” (swoją drogą polecam mu „Biesy” Dostojewskiego, tam Kiriłłow pokazał, dokąd prowadzi przekonanie, że możemy zabić się sami). - Nie mam jeszcze tak szczegółowego planu. Ale swoją liturgię umierania wyłożyłem dokładnie w ostatnim tomie wspomnień – dodał. I podkreślił, że jego chęć zabicia się nie jest protestem przeciwko hierarchii Kościoła. -Zawsze broniłem się przed traktowaniem mojego nastawienia do umierania jako protestu przeciwko autorytetowi Kościoła. Nie chcę tworzyć żadnych powszechnie obowiązujących reguł, decyduję jedynie o sobie samym. Byłoby czymś śmiesznym inscenizować własną śmierć jako protest przeciwko kościelnemu autorytetowi. Chcę jednak spowodować, by mówiono o tym w sposób otwarty i przyjazny. Od czasu nazistowskich masowych zabójstw ludzi niepełnosprawnych kwestia ”aktywnej pomocy w umieraniu” jest w Niemczech tabu – podkreślił eutanazistowski teolog.

A cała lektura tego wywiadu rodzi poważne wątpliwości, co do dalszych losów Hansa Künga. Z tym niebem może nie być tak łatwo, jak mu się wydaje... A piekło, w które – jak sam przyznaje – nie wierzy, może łatwo stać się jego nowym miejscem pobytu. Czego mu oczywiście nie życzę.

TPT/Onet.pl