Fronda.pl: Roman Graczyk napisał książkę „Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego” na podstawie „kwitów z knajpy”?

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski*: Właśnie skończyłem ją czytać. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem Krzysztofa Kozłowskiego. To nie są kwity, tylko dokumenty, które znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej, o których, według mnie, pan Kozłowski wiedział od dwudziestu lat, bo sam był ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Problem polega na tym, że przez 20 lat nie chciano nic z tym zrobić, nie przeprowadzono lustracji, jak w Niemczech. Krzysztof Kozłowski powinien mieć pretensje sam do siebie, że przez tyle lat nic z tym nie zrobiono.

Roman Graczyk nie snuje domniemań na podstawie wątpliwych materiałów?

Nie rozumiem tego zarzutu Kozłowskiego. Jeśli te osoby były zarejestrowane przez SB i powtarza się to w wielu dokumentach, to na jakiej podstawie stwierdza on, że to snucie wątpliwości? Mam duże zastrzeżenia co do postawy Kozłowskiego wobec tej sprawy. W wywiadzie udzielonym dziennikowi „Polska The Times” stwierdził na przykład, że się Graczykowi „odwinie”. Niby dlaczego?

O samym Kozłowskim Graczyk nie pisze, że współpracował z SB...

Nie pisze. Mimo to jest to złamanie pewnego tabu. Graczyk pisał o osobach, które w krakowskim środowisku uchodzą za nietykalne. Idealny przykład to Halina Bortnowska, o której sam wcześniej pisałem. Ona uważa się za ogromny autorytet moralny, sama niesłychanie atakowała lustrację, a tu nagle okazuje się, że sama ma wątpliwą przeszłość.

Dlaczego „Znak” zdecydował się wydać „Złote żniwa” Grossów, a nie chciał wydać książki Graczyka?

To oczywiście polityka Henryka Woźniakowskiego, który przestraszył się książki Graczyka. To dotyczy jego środowiska i zastosował zasadę „po pierwsze: koledzy”. Chodziło o to, by zachować ich dobre samopoczucie – w tej sprawie nie miał odwagi wydać tej książki, choć Graczyk zaczął ją pisać na prośbę redaktora naczelnego „TP”, ks. Adama Bonieckiego. To stary mechanizm – jeśli książka dotyczy osób, których nie znają, to nie boją się publikować książek o nich, natomiast o znajomych – jest już trudniej. Ten sam mechanizm zadziałał podczas lustracji w Kościele krakowskim. Dopóki nie pojawiły się w tym kontekście nazwiska z otoczenia kard. Stanisława Dziwisza, to wydawało się, że lustracja jest do przeprowadzenia. Gdy okazało się, że dotyczy ona kolegów kardynała, to on momentalnie się wycofał.

Piotr Śmiłowicz na swoim blogu porównuje książki Jana Tomasza Grossa i Romana Graczyka. Pisze: „Obie podejmują niewygodne tematy z przeszłości, z tym że każda z nich jest niewygodna dla innych ludzi. Zestawione razem świetnie pokazują hipokryzję polskich środowisk opiniotwórczych w podejściu do przeszłości”.

Nie zgadzam się z tym. Tych dwóch książek nie można ze sobą porównywać. Książka Grossa nie jest książką naukową. To jest esej – Gross przedstawia dowolnie wybrane fakty, którymi udowadnia wnioski bez pokrycia. To człowiek, który swą tezę stara się za wszelką cenę udowodnić. Ta książka nie ma wartości naukowej. Gross nawet nie jest historykiem, nie podejmuje się opracowania historycznego.

Roman Graczyk też nie jest historykiem.

Faktycznie, nie ma ukończonych studiów historycznych. Ale jest od trzech lat pracownikiem IPN i miał dostęp do wielu dokumentów, do których dostępu przykładowo ja nie miałem. Jego książka posiada wszelkie cechy pracy naukowej, jest bardzo dobrze udokumentowana. Graczyk kilka lat prowadził bardzo dokładną kwerendę i należy mu się szacunek za to, że chciał przedstawić sprawę zgodnie z prawdą. Nie ma się czego czepiać. W tej książce nie znalazłem nic, co by budziło moje wątpliwości z punktu widzenia badania dokumentów. Co więcej, Graczyk w swoich interpretacjach jest bardzo łagodny. Powiedziałbym, że jest bardziej miłosierny, niż powinien być. Z drugiej strony Gross jest człowiekiem zacietrzewionym, który za wszelką cenę chce udowodnić, że Polacy byli współuczestnikami Holocaustu. Gross wyciąga wnioski z tego, że ktoś coś komuś powiedział. Nie posługuje się dokumentami, ale wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami, które znalazł na przykład w gazetach. To dwie różne książki, które oczywiście dotykają bardzo trudnych tematów.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Tytułowa „cena przetrwania” w przypadku „Tygodnika Powszechnego” okazała się za wysoka?

Histeryczna reakcja Krzysztofa Kozłowskiego, który był zastępcą redaktora naczelnego „TP”, wynika z tego, że ktoś wreszcie powiedział bardzo wyraźnie, że „TP” nie tylko płacił tę cenę, ale zgadzał się na jej płacenie. To był swoisty kontrakt – wy nam pozwalacie wydawać pismo, a w zamian my spełniamy pewną rolę. Kozłowski broni pewnego mitu „Tygodnika Powszechnego”. Wielu głównych redaktorów „TP” to dziś zaciekli przeciwnicy lustracji. Wspomniana Halina Bortnowska, Józefa Hennelowa bez przerwy atakują IPN. Zdają sobie sprawę z tego, że kwerenda w archiwach nie wypada dla ich środowiska korzystnie.

Gdyby jednak nie ta cena, „Tygodnik Powszechny” nie mógłby w ogóle funkcjonować i ludzie mieszkający w PRL byliby pozbawieni tego względnie niezależnego głosu.

To całkiem inna dyskusja, historiozoficzna. Były środowiska, które tej ceny nie płaciły.

I funkcjonowały w drugim obiegu.

To prawda. Ale to, jak ocenimy rolę „TP” i to, czy ówczesna redakcja w tej brutalnej rzeczywistości zachowała się odpowiednio, nie jest dla mnie najważniejsze przy ocenie omawianej książki. Te fakty, o których pisze Graczyk, trzeba było po prostu ujawnić. Niestety nie ma wątpliwości, czy ci ludzie byli zarejestrowani jako TW. Warto pamiętać o tym, że Graczyk do tych osób, które jeszcze żyły, poszedł, by z nimi porozmawiać. One wszystkie wycofały później swoje wypowiedzi.

Dyskusja o trudnych tematach jest w Polsce bardzo emocjonalna. Możliwe jest merytoryczne jej prowadzenie?

W Polsce wydanie książki historycznej jest niesłychanie trudne. Kolejne książki, które się ukazują – o Lechu Wałęsie, Kapuścińskim, wcześniej moja książka, teraz Graczyka – spotykają się z niesłychanymi atakami. Nie ma zgody na pisanie o trudnych tematach. Najlepiej pisać o bitwie pod Grunwaldem, o którą nie toczy się sporów. Jako ksiądz muszę powiedzieć, że niestety, ale Kościół także uległ temu mechanizmowi nieruszania trudnych tematów. Także moje badania ludobójstwa na Kresach wschodnich spotykają się z histerycznymi atakami. Jeśli ktoś pisze książkę, odpowiedzią powinna być inna książka. Tymczasem u nas blokuje się wydanie już pierwszej pozycji. Przecież „Znak” nie chciał wydać także książki Domosławskiego o Kapuścińskim, a Henryk Woźniakowski starał się, na szczęście bezskutecznie, zablokować publikację mojej książki. Nie udało się mu to tylko dzięki determinacji pani dyrektor wydawnictwa, Danuty Skóry.

Która przepraszała za książkę Grossa...

To świadczy o tym, jak bardzo skłócone i podzielone jest to środowisko. Z tego co wiem, to także środowisko „Tygodnika Powszechnego” jest podzielone w sprawie książki Romana Graczyka. Niektórzy uważają, że świętych postaci nie ma i trzeba pisać, jak było. Inni uważają, że legendy nie można naruszać.

Rozmawiał Stefan Sękowski.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »