Krzysztof Rak
Niemcy, zrywając „partnerstwo w przywództwie” po wyborze Donalda Trumpa, stają się coraz bardziej izolowane na arenie międzynarodowej. Pogorszenie ich pozycji zmienia układ równowagi sił w naszym regionie
Niemcy szczególną uwagę zwracają na dyplomatyczną kindersztubę, stąd kojarzą się ze wzorowym uczniem. Robią wrażenie bezbarwnych i nudnych, a ich wypowiedzi i oceny są tak zrównoważone i ostrożne, że aż pozbawione treści. Dlatego ton komentarzy po wyborach w Ameryce musi dziwić.
Pierwsza zabrała głos minister obrony, Ursula von der Leyen, z CDU: „To był dla mnie ciężki szok, gdy zobaczyłam, jak się rzeczy mają”. W ogóle nie dostrzegła sukcesu Trumpa: „Sądzę, że Donald Trump zdaje sobie sprawę, że nie głosowano na niego, ale przeciwko Waszyngtonowi”. Ten brak uprzejmości można tłumaczyć zaskoczeniem, jednak autorzy następnych wypowiedzi świadomie chcieli obrazić prezydenta elekta. Minister Spraw Zagranicznych Frank-Walter Steinmeier z SPD wypalił: „Wynik wyborczy jest inny, niż życzyłaby sobie większość Niemców”. Poza tym skarżył się na brak konkretów w programie Trumpa i żądał od niego wyjaśnień w tej materii. Wszystkich jednak przebił socjaldemokratyczny wicekanclerz, Sigmar Gabriel, który określił prezydenta elekta mianem „pioniera szowinistycznej i autorytarnej międzynarodówki”.
Na tym tle komentarz kanclerz Angeli Merkel mógłby się jawić jako stonowany. Przypomniała ona, że RFN i USA „łączy głębokie przywiązanie do takich wartości jak demokracja, wolność, respektowanie godności człowieka, niezależnie od jego pochodzenia, koloru skóry, religii, płci, orientacji seksualnej lub poglądów politycznych”. Zaproponowała też przyszłemu prezydentowi „bliską współpracę na bazie tych wartości”. Większość komentatorów uznała te słowa za niezbyt szczęśliwe, albowiem zrozumiano je jak stawianie warunków Trumpowi.
Egzystencjalne zagrożenie
Prawdą jest, że Donald Trump krytykował niemiecki rząd. Angeli Merkel dostało się za politykę migracyjną, trudno to jednak uznać za powód do zmasowanej krytyki. Kampania wyborcza ma swoje prawa, a ponadto Trump nie był w tej kwestii jedyny – wielu europejskich polityków pozwalało sobie występować przeciwko „otwarciu drzwi” imigrantom. Nie stanowiło to żadnego tabu, a największy sprzeciw w tej sprawie wyrażała bratnia bawarska CSU i jej przewodniczący Horst Seehofer. Trudno też wskazać na jakieś powody ideologiczne. Trump nie ma zwartego światopoglądu, który mógłby się Niemcom kojarzyć z „Mein Kampf”, a z pewnością nie można go uznać za twardego konserwatystę. Jedynym sensownym wyjaśnieniem negatywnego nastawienia niemieckich elit politycznych do Trumpa jest strach. Strach przedstawicieli establishmentu politycznego przed utratą władzy. Strach przed tym, że układ, dzięki któremu od dziesięcioleci utrzymywali się przy władzy, nagle rozpadnie się jak domek z kart.
Elita rządząca w liberalnej demokracji jest stosunkowo nieliczna, więc tworzy ona rodzaj warstwy oligarchicznej. Legitymizacją jej władzy był ciągły wzrost gospodarczy, a więc rozszerzenie dobrobytu i bezpieczeństwa na społeczne masy. W Niemczech tego rodzaju polityka była świadomie uprawiana od czasów Bismarcka, mającego stosunkowo prostą receptę: władza dla nielicznych za względny dobrobyt i bezpieczeństwo większości. Taki był sens wprowadzenia ustawodawstwa społecznego. Establishment, który tego nie potrafił, szybko tracił władzę, czego przykładem była Republika Weimarska. Hitler został kanclerzem, bo odnowił oligarchię i zaproponował nowy kontrakt społeczny.
W powojennych Niemczech sukces demokracji opierał się na skuteczności państwa dobrobytu. Wydawało się, że Niemcy wynaleźli tajemne równanie, które pozwalało godzić produktywność gospodarki z rozbudowanym systemem opieki społecznej. Do czasu, gdy katastrofa demograficzna zniszczyła tę kalkulację. Dziś niemieckie welfare state chwieje się w posadach. Coraz mniej Niemców pracuje na nie, a coraz więcej jest jego beneficjentami. Elity polityczne nie mają pomysłu na rozwiązanie tego dylematu. Czekają na swój polityczny koniec i się boją. Trump jest dla nich jeźdźcem apokalipsy.
Koniec partnerstwa?
Dlatego tak go nienawidzą. Dla zachowania swojej pozycji gotowi są poświęcić nawet geostrategiczne interesy swojego kraju. Donald Trump po ogłoszeniu wyników wyborów przestał być wygadującym androny gościem z pomarańczowymi włosami, a stał się instytucją – Prezydentem Stanów Zjednoczonych...
