Ostatnie kontredanse wokół o. Tadeusza Rydzyka to kolejna burza emocji, która wybucha jak zwykle wtedy gdy powie coś, co nie mieści się w kategoriach politycznej poprawności. Można – i trzeba - zastanawiać się i rozważać czy jego słowa o „dyskryminacji i totalitaryzmie” są prawdziwe, zgadzać się z nimi lub nie. To jedna, i na pewno zasadnicza, sprawa. Natomiast sytuacja pokazała pewien paradoks: za słowa krytyki wobec rządu, dyrektor RM został faktycznie poddany pewnej formie nacisku. Stało się szczególnie widoczne na tle wypowiedzi premiera Tuska, który mówił przecież, że o. Rydzyk nie będzie represjonowany. A czymże jest nota dyplomatyczna w jego sprawie, jak nie pewną formą represji? Na dodatek informacja o wystosowaniu tejże noty została podana do wiadomości publicznej w sposób łamiący wszelkie normy przyjęte w dyplomacji.
Skoro o. Rydzyk dał się zaprosić do PE – a trudno chyba sobie wyobrazić by nie skorzystał z takiej okazji – to prawie pewne było, że „coś się wydarzy”. Kontrowersji wokół niego, co prawda, nigdy nie brakowało, ale gdy przyjrzeć się działaniom i, co nie mniej ważne, przysłuchać wypowiedziom wielu osób pełniących funkcje publiczne, lub choćby nawet takich, które są znane jedynie dlatego, że są znane – o rządzie i samym premierze już nie wspomnę - to nie da się nie zauważyć powszechnego braku odpowiedzialności za słowa. Tyle, że większości jakoś to uchodzi na sucho, a o. Rydzyk regularnie obrywa. W tej sytuacji wraca zatem pytanie: czy dyrektor Radia Maryja jest dyżurnym chłopcem do bicia?

Scenariusz całego wydarzenia był stosunkowo łatwy do przewidzenia, rozwój sytuacji jednak wymknął się przewidywaniom gdy zrobił się szum na skalę międzynarodową, co w gruncie rzeczy pokazało tylko słabość rządu zbyt nerwowo reagującego na krytykę. Zrobiło się zamieszanie w Watykanie, wypowiadał się jego rzecznik, ojciec Rydzyk się kajał, przepraszał, rząd niby się udobruchał, ale ciągle nadal trochę burczy. Wydawać by się mogło, że sprawa powoli przysycha, i tyle. Jestem jednak przekonany, że tylko do czasu. Gdy przy najbliższej okazji dyrektor Radia Maryja powie cokolwiek, co nie będzie po myśli władzy, zostaną wytoczone przeciwko niemu działa dużo potężniejsze i znów zrobi się szum, ale tym razem może być to już wojna przeciwko całemu środowisko „moherów”, bo zbliża się przecież kampania wyborcza i na czymś trzeba budować wizerunek strachu przed Polską zacofaną i ciemną – czytaj: stanowiacą PiSowski elektorat.
Cała ta ostatnia zawierucha wygląda na zakamuflowaną pre-kampanię wyborczą Platformy; na budowaniu ideologicznego przedpola do parlamentarnego starcia z ciemnogrodem.
P.S.
Ucieszył mnie dzisiejszy głos Dariusza Rosiaka w „Rzeczpospolitej” („Ojciec Rydzyk w interesie Polski”), który – nie unikając słów krytyki pod adresem samego dyrektora RM – jednocześnie zwraca uwagę na fakt, że ma on – jak każdy obywatel RP - „prawo do swobody wypowiedzi, a obowiązkiem polskiego rządu jest ochrona ludzi, którzy krytykują władze. Na tym polega lojalność premiera i jego ministrów wobec Polski, na tym również polega budowa dobrego wizerunku Polski na świecie.”
Paweł Krzemiński

